Dramat za konsoletą

DJ

– Jak nie będzie scenariusza, to aktorzy Ci dograją. Jak nie aktorzy, to się poprawi w montażu. Najważniejsze, żeby mieć producenta, bo bez niego nic się nie uda – taką maksymą powitał widzów premiery filmu „DJ” jego reżyser występujący pod pseudonimem Alek Kort. Niestety nie żartował. Scenariusz tego filmu to bełkot, a aktorstwo grającej główną rolę Mai Hirsch jest tak drewniane, że można by nim palić w kominku.

Ostrzegam, że ciężko recenzować „DJa” bez spojlerów, bowiem to, co widzimy na ekranie to himalaje złego kina. Co kilka scen przecieramy więc oczy ze zdumienia, jak można raczyć nas tak niewiarygodną bzdurą. Być może jakieś światło na to wszystko rzuca pseudonim reżysera, zaczerpnięty prawodopodobnie od Alexa Corda – trzecioligowego amerykańskiego aktora, który zasłynął rolą w popularnym w latach 80. amerykańskim serialu „Airwolf”. Ale po kolei.

Mini (Maja Hirsch) to pochodząca z muzycznej rodziny (dziadek, grany przez Daniela Olbrychskiego dyrygent-sklerotyk, który zamiast jajka na twardo gotuje swój zegarek, to pierwszy sygnał ostrzegawczy tego filmu), początkująca acz utalentowana DJka. Ponieważ nie może przebić się przez panujące w branży muzycznej w Polsce układy, wyjeżdża do Londynu – do poznanego przez sieć wokalisty. Z jego pomocą udaje się jej dostać do kultowego klubu Ministry, jednak na jego scenie odnosi zawodową porażkę. Wpada jednak w oko Revellowi (Cristian Solimeno), który zaprasza ją do wspólnego grania na Ibizie, gdzie jego kosztem udaje się jej zrobić oszałamiającą karierę…

Wbrew pozorom nie jest to jednak afirmacja polskiej emigracji, której mógłby przyświecać tagline „nie tylko zmywak”. Zamiast tego dostajemy nieudolnie prowadzoną opowieść o egoizmie i świecie, w którym wygrywa najsprytniejszy. Problem w tym, że tej historii brak antagonisty. Główna bohaterka z nikim i z niczym nie rywalizuje, a jedynie w niewiarygodnie łatwy sposób wspina się na kolejne poziomy w didżejskim światku.

Psychologia postaci w „DJu” nie istnieje. Kolejni bohaterowie pojawiają się tylko po to, by pchnąć Mini „do przodu”. A następnie znikają bez słowa, gdy nie są już potrzebni scenarzyście. Jedynie Revell, zamiast zniknąć, niespodziewanie ma wylew i umiera – by nasza gwiazda mogła ukraść jego muzykę i sprzedać ją jako własną. Wcześniej jednak, jak to zapewne w środowisku djskim jest w zwyczaju, raczeni jesteśmy dyskusjami o Freudzie i filozofii Leszka Kołakowskiego, prawdami objawionymi w stylu Paulo Coehlo i wschodnim mistycyzmem. A prawie wszyscy męscy bohaterowie z mensplaningowym zacięciem tłumaczą Mini jak funkcjonuje świat.

Ona zaś słucha tego wszystkiego potakując, choć ostatecznie okazuje się wilkiem w owczej skórze. A może raczej modliszką, która pożera swoich parnterów. „DJ” jawi się więc trochę jak klubowa wariacja na temat „Szamanki” Żuławskiego, tyle że zamiast literalnej konsumpcji mózgu łyżeczką, mamy symboliczne kopiowanie muzyki z ukradzionego pendrive’a. Po drodze dostajemy jeszcze jedną z najgorszych scen seksu w historii polskiego kina oraz życiowe motto Carpe Dick oddające dosadnie poczucie humoru reżysera. A całości dopełniają oniryczne sceny z bohaterką trzymającą w rękach ociekającą krwią płytę winylową.

Największą przegraną filmu jest jednak muzyka. Bo teoretycznie mogła to być właśnie opowieść o jej tworzeniu. Jedyna dobra scena filmu to ta, w której bohaterka podczas koncertu dyrygowanej przez dziadka Orkiestry w Studio Polskiego Radia słyszy muzykę inaczej niż reszta publiczności. Była w tym jakaś tajemnica i punkt wyjścia. Niestety nie pociągnięto tego wątku.

Na szczęście „DJ” ma tak brzydki plakat, że na pewno nie zachęci nikogo do pójścia. Film ma więc szansę zniknąć z ekranów bardzo szybko. I za jakis czas pamiętać będą już o nim wyłącznie koneserzy złego kina. Na liście najgorszych polskich filmów wszech czasów może bowiem nieźle zamieszać.

Rafał Pawłowski

Reklamy
Otagowane , ,

Rok 2017. Oczarowania

Rok 2017 był dla kina rewolucyjny. Wszystko za sprawą Festiwalu w Cannes, do którego konkursu trafiły produkcje Netflixa – dzieła wybitnych twórców, powstałe jednak z myślą o dystrybucji VOD, a nie ekranie kinowym. To znak czasów, w których karty zaczęli rozdawać już nowi poteżni gracze. Dlatego też w moim TOP 10 po raz pierwszy tytuł spoza listy kinowych premier.

bladerunner2049

BLADE RUNNER 2049 reż. Dennis Villeneuve

Negatyw tego filmu powinien trafić do Sevres jako wzorzec sequela idealnego. Nie ma tu tak powszechnej przy hollywoodzkich kontynuacjach próby przypodobania się szerokiej publiczności. To raczej pełna szacunku, lecz zrobiona nie na klęczkach, próba zamknięcia pewnych wątków i otwarcia kolejnych, na kontynuuacje których z przyjemnością poczekam kolejne 35 lat. Akurat tyle, ile potrzeba, by dzieło Dennisa Villeneuve’a stało się równie kultowe, co również początkowo odrzucony przez widzów i większość krytyków pierwowzór.

FloridaProject

FLORIDA PROJECT reż. Sean Baker

Sean Baker potraktował kinowy ekran niczym lustro z powieści Lewisa Carrola. Za sprawą „Florida Project” trafiamy więc do świata będącego rewersem american dream, w którym disneyowskie księżniczki wpatrują się w Ciebie smutnym wzrokiem na wyprzedażach w gigantycznych dyskontach. To smutna opowieść o dojrzewaniu i tym wszystkim, czego nie widać ze szczytu Trump Tower.

baba z lodu

KOBIETA Z LODU reż. Bohdan Slama

Dzieło Bohdana Slamy udowadnia, że Pokolenie 60+ nie musi być skazane wyłącznie na oglądanie telewizyjnych seriali i towarzyszących im reklam leków na reumatyzm, bóle stawów czy serce. „Kobieta z lodu” (choć bardziej przemawia do wyobraźni użyte w oryginale słowo „Baba”) to historia, po której nigdy nie spojrzycie już tak samo na niedzielny obiad u mamy i natychmiast zapragnienicie obdarować ją biletem do kina.

toni erdmann

TONI ERDMANN reż. Maren Ade

Gdyby kilka lat temu ktoś powiedział mi, że będę śmiał się na niemieckiej komedii, uznałbym to za kiepski dowcip. Tymczasem Maren Ade spojrzała na swoich rodaków z dystansem pozwalającym zarówno rozbroić narodowe przywary, jak i sportretować globalny kryzys relacji międzyludzkich.

nie jestem twoim murzynem

NIE JESTEM TWOIM MURZYNEM reż. Raoul Peck

Musiało minąć ćwieć wieku od premiery „Malcolma X” Spike’a Lee, byśmy dostali dorównujące mu poziomem dokumentalne dzieło mówiące o białej supremacji i czarnej historii Ameryki. Przełożony przez Raoula Pecka na język kina esej Jamesa Baldwina to filmowy majstersztyk.

mieso

MIĘSO reż. Julia Ducournau

Choć o debiucie Julii Ducournau pisało się raczej w kategoriach horroru, tak naprawdę ten film do czarna komedia o konstytencji krzepnącej krwi i jeden z najzabawniejszych filmów roku, obok „Uciekaj!” Jordana Peele’a. Obowiązkowa pozycja w menu każdego kinomana.

okja

OKJA reż. Bong Joon-ho

Ekologiczny i humanistyczny manifest ubrany w kostium familijnego kina przygodowego. Najnowsze dzieło Koreańczyka Bong Joon-ho nie przeszło w Polsce przez kinowe ekrany (dostępne jest na Netflixie). Szkoda, bo to wspaniała lekcja empatii, na którą grupowo należałoby prowadzać szkoły.

dunkierka

DUNKIERKA reż. Christopher Nolan

Ograniczając obecność na ekranie niemieckich sił otaczających stłoczonych we francuskim porcie żołnierzy do dźwięku świszczących kul, spadających pocisków i bomb Dolan zbudował niezwykłe spektrum emocji – od nastoletniej ekscytacji po zwierzęcy strach i napędzaną nim wolę życia.

hepnarova

JA, OLGA HEPNAROVA reż. Petr Kazda, Tomas Weinreb

Obraz Petra Kazdy i Tomasa Weinreba dotyka tematu nieprzystosowania w sposób podobny do „Czerwonego pająka” Marcina Koszałki. Kreacja Michaliny Olszańskiej i znakomite zdjęcia Adama Sikory hipnotyzują.

beksinscy

BEKSIŃSCY. ALBUM WIDEOFONICZNY reż. Marcin Borchardt

Precyzyjnie utkana z widonotacji Zdzisława Beksińskiego świetna odtrutka na przehajpowaną „Ostatnią rodzinę”.

Rafał Pawłowski

Otagowane , , , , , , , , , , , ,

„Ostatni Jedi” czyli Disney w odległej galaktyce…

lastjedi

Gdy nadchodzi Gwiazdka, Coca Cola wyciąga z szafy Świętego Mikołaja, a Disney Gwiezdne Wojny, którymi raczy nas trzeci rok z rzędu. Moc świata stworzonego przed 40 laty przez George’a Lucasa spowszedniała już na tyle, że wielu polskich i zagranicznych krytyków zamknęło swoje Top10 2017 nie czekając nawet na premierę „Ostatniego Jedi”.

Trzy lata temu wydawałoby się to nie do pomyślenia. Ale Disney tworząc franczyzę w pewien sposób uśmiercił legendę. Tym bardziej, że współczesne kino (a także seriale) rozwinęło się na tyle, że marka Gwiezdnych Wojen straciła jeden ze swoich pierwotnych atutów – świeżość. Będąca jednym z fundamentów Kina Nowej Przygody tzw. Stara Trylogia wyznaczała bowiem nowe trendy w kinie s-f, sposobie opowiadania, kreowania postaci i budowania popkulturowego uniwersum na nieznaną dotąd w Hollywood skalę.

Dziś Star Wars rywalizuje z filmowo-komiksową machiną Marvela (i zdecydowanie w mniejszym stopniu z DC), a do zaproponowania ma podobny arsenał atrakcji, co konkurenci. Disneyowska odsłona (okres epizodów I-III litościwie pominę) nie tylko nie wznosi kina s-f na nowy poziom, ale momentami próbuje wręcz schlebiać poślednim gustom. Jak choćby wówczas, gdy jej najnowsza odsłona przez moment niebezpiecznie dryfuje w stronę komedii romantycznej… Produkowane „od sztancy” kolejne epizody nie mają już więc aury nadzwyczajnego wydarzenia (oczywiście poza niemałym gronem wiernych fanów SW), lecz zamieniły się w stały element wspomnianej świątecznej oprawy.

To oczywiście wcale nie znaczy, że „Ostatni Jedi” nie zasługuje na uwagę. Przeciwnie – kolejna odsłona disneyowskiej franczyzy jest ciut lepsza niż powiązane z nią „Przebudzenie mocy” J.J. Abramsa – mocno wtórne wobec lucasowskiej „Nowej nadziei”. Reżyser i scenarzysta Rian Johnson postawił na oryginalne rozwinięcie historii, zaproponował ciekawe twisty i zręcznie zbalansował wiele niedorzeczności. Oczywiście w Epizodzie VIII nie brakuje też kontrowersji, takich jak np. telepatia, a poprowadzenie niektórych wątków ewidentnie wskazuje na kokietowanie publiczności.

Z drugiej strony można przyklasnąć brawurowym sekwencjom pościgu ulicami miasta-kasyna Canto Bight i zerkającej spode łba łotrzykowskiej postaci DJ mistrzowsko zagranej przez Benicio del Toro, które przywracają filmowi ducha dawnej space opery. To jednak trochę mało, jak na dwu i półgodzinną opowieść. Całość ogląda się dobrze, lecz emocje po seansie bardzo szybko wyparowują.

Jawi się ciekawym paradoksem, że machinie Disneya, mimo ogromu środków i wręcz nieograniczonych możliwości, nie udało się do końca uchwycić tego czegoś, co miała w sobie oryginalna Trylogia. Dziś lepszą kontynuacją ducha Kina Nowej Przygody pozostają „Strażnicy Galaktyki”, a „Ostatniemu Jedi” brakuje sporo, by znaleźć się na tegorocznym podium kina s-f. No ale w tym przypadku koronę dzierży zupełnie inny sequel – „Blade Runner 2049”.

Rafał Pawłowski

Otagowane , , , , , , ,

Płeć Lwa

lwy-gdynia

Kiedy w ubiegłym roku rozgorzała dyskusja na temat braku filmów wyreżyserowanych przez kobiety w Konkursie Głównym Festiwalu Filmowego w Gdyni, patrzyłem na to z dystansem. Selekcja jest bowiem wypadkową zgłoszeń (tych w kobiecej reżyserii w ubiegłym roku prawie nie było) i oceny selekcjonerów. Jednak sam problem istnieje, a jego objawieniem są Platynowe Lwy za całokształt twórczości przyznawane od 10 lat wyłącznie twórCOM polskiego kina.

To stosunkowo młoda nagroda – w tym roku Platynowe Lwy zostaną wręczone dopiero po raz 11. Zaczęło się od Jerzego Kawalerowicza w roku 2007. Rok później był Stanisław Różewicz, a w 2009 roku Kazimierz Kutz oraz Jerzy Hoffman. Dalej mieliśmy Janusza Morgensterna (2010), Tadeusza Konwickiego oraz Romana Polańskiego (2011), Witolda Sobocińskiego oraz Jerzego Wójcika (2012), Jerzego Antczaka (2013), Sylwestra Chęcińskiego (2014), Tadeusza Chmielewskiego (2015) i  Janusza Majewskiego (2016). I wreszcie tegoroczny laureat – Jerzy Gruza.

Z małym wyjątkiem (operatorzy Witold Sobociński i Jerzy Wójcik) wyróżnienie to trafia w ręce reżyserów. W dodatku takich, którym oczywiście nie sposób odmówić zasług w tworzeniu polskiej kinematografii. Zaś pisanie o tym, że ich nadreprezentacja wynika z wieloletniej męskiej dominacji w zawodzie, jest po prostu truizmem. Nie w tym rzecz.

Kwestia ta nie jest zresztą polską domeną. Na liście ogłoszonych niedawno laureatów honorowych Oscarów znalazło się nazwisko Agnes Vardy. Współtwórczyni francuskiej nowej fali to pierwsza w historii reżyserka, której przypadło wyróżnienie Amerykańskiej Akademii Filmowej.

Może pora, by w Gdyni zastanowiono się, czy po 10 latach nastał czas, by Platynowe Lwy zaryczały również żeńskim głosem?

Rafał Pawłowski

ps. w toku dyskusji na facebooku pojawiły się pytania o ewentualne kandydatury oraz propozycje: moja – wybitnej scenograf i pedagog Ewy Braun oraz złożona przez Krzysztofa Spóra – legendy polskiej produkcji Barbary Pec-Ślesickiej.

Otagowane ,

Nie ma nic gorszego, niż mówienie o przyzwoitości na serio – rozmowa z Tomaszem Gąssowskim

Gassowski

Kompozytor filmowy, który zostaje reżyserem? To nie zdarza się zbyt często, a z pewnością nie ma takiego drugiego przypadku w Polsce. Tomasz Gąssowski, którego muzyka stanowi od lat nieodłączną część niezwykłej atmosfery filmów Andrzeja Jakimowskiego, od roku podbija serca festiwalowej publiczności i jurorów zrealizowanym w ramach programu 30 minut” Studia Munka krótkometrażowym „Barażem„.

Bycie kompozytorem muzyki filmowej a reżyserem to dwie kompletnie różne profesje. Skąd w Tobie taka radykalna zmiana?

Wiedząc, czym to pachnie, długo wahałem się czy próbować robić film, ale praca kompozytora jest samotną walką, a ja bardzo tęskniłem za ekipą, za „drużyną”, za klimatem, który poczułem 15 lat temu podczas przygotowań, a potem w trakcie zdjęć do filmu Andrzeja Jakimowskiego „Zmruż oczy”. Poza tym, że pisałem do niego muzykę, byłem również współproducentem…

Jak do tego doszło?

Trochę przypadkowo. Byłem wtedy bardzo zapracowanym kompozytorem, ale kiedy Andrzej, z którym już od lat się przyjaźniłem, pokazał mi jedną z pierwszych wersji swojego scenariusza, nie namyślając się wiele, postanowiłem zrobić przerwę w komercyjnych projektach i zadeklarowałem pomoc w realizacji jego filmu. Oczywiście początkowo miałem na myśli jedynie napisanie muzyki, ale już za chwilę tak się wkręciłem, że na co dzień rozmawialiśmy o scenariuszu, lokacjach, o tym kto ma kogo grać i dlaczego. Kilka lat później przy „Sztuczkach” również pomagałem we wszystkim, w czym tylko potrafiłem pomóc i angażowałem się w film coraz bardziej. No i przy okazji podglądałem reżyserski warsztat Andrzeja, co stało się moją niezamierzoną prywatną szkołą filmową. Tak więc to nie był jakiś założony z góry plan. Powód mojej „wycieczki” w reżyserię „to złożona sprawa”, jak mówią bohaterowie „Barażu”.

Cała rozmowa na stronie LegalnaKultura.pl>>>

Rafał Pawłowski

Otagowane , ,

Człowiek z planety Muzyka – wywiad z Arkiem Jakubikiem

dr-misio-zmartwychwstaniemy

Początkowo muzyka była dla niego odskocznią od codziennej aktorskiej pracy. Zabawą w gronie najlepszych kumpli, która z czasem ewoluowała i dziś stanowi jedną z najważniejszych przestrzeni aktywności twórczej. Premiera nowej płyty Dr Misio „Zmartwychwstaniemy” była pretekstem do rozmowy z  Arkiem Jakubikiem o muzycznych idolach, koncertowej energii i sensie życia.

Na początek zapytam nieco przekornie: po co facetowi przed pięćdziesiątką zespół rockowy?

Od 10 lat to samo pytanie zadaje mi moja żona. Na początku bardzo się śmiała ze mnie, ale teraz już ma szacunek wobec tego, co robimy z Dr Misio. Najpierw to była zabawa, chęć spędzania czasu z moimi przyjaciółmi-muzykami. To był też taki czas, kiedy miałem trochę więcej wolnego. No i nałożył się na to też jakiś kryzys wieku średniego, bo to były okolice mojej czterdziestki, a to zawsze u facetów procentuje jakimś rodzajem depresji. Ale kiedy pojawiły się pierwsze koncerty i zaczęliśmy myśleć o tym, żeby nagrać płytę, to dotarło do mnie, że to może być jedna z trzech moich najważniejszych planet aktywności twórczej. I stała się tym czymś, co daje mi absolutną, niczym nieskrępowaną artystyczną wolność. Nie mam wtedy nad sobą żadnego reżysera, żadnego producenta. Po prostu razem z kumplami z zespołu zamykamy się w sali prób i nikt nie mówi nam, co mamy robić. Gramy to, co czujemy, co mamy tam w bebechach.

Jesteście w tym dość płodni. Wydaliście trzy płyty w cztery lata.

I jeszcze płyta „40 przebojów”, którą nagrałem z Olafem Deriglasoffem rok temu. Po prostu muzyka jest jak zaraza, trudno się od niej odczepić. I gdy płyta jest skończona, nagrana, zamknięta, tak jak mam teraz z albumem „Zmartwychwstaniemy”, kiedy jest jeszcze czas promocji płyty, jeszcze się dużo o niej opowiada, jeździmy w trasy koncertowe z nowym materiałem, ogrywamy to z publicznością, to co się dzieje w mojej głowie?! Już jest kombinowanie jaki będzie następny projekt, w którym kierunku muzycznym, lirycznym warto pójść, żeby zaskoczyć samego siebie i słuchaczy.

Cały wywiad na stronie LegalnaKultura.pl>>>

Rafał Pawłowski

Otagowane , ,

Muszę zerować głowę – rozmowa z Wojtkiem Smarzowskim

Smarzowski

Lubi brać się za bary z Polską i jej historią. Dotyka spraw trudnych i pokazuje je bez lukru, a powstałe w ten sposób obrazy mocno zapisują się w pamięci widzów, nierzadko wywołując skrajne reakcje. O gatunkach, kinie autorskim, polityce i Słowiańszczyźnie rozmawiam z Wojtkiem Smarzowskim.

O czym śni Wojtek Smarzowski?

Śni o tym, żeby mu się nic nie śniło.

Zapytałem o te sny dlatego, bo wydaje mi, że Twój ostatni film „Ksiądz” to jest trochę taki sen. Może niekoniecznie sen Wojtka Smarzowskiego, ale na przykład kogoś, kto obejrzał maraton Twoich filmów.

Coś w tym jest. W takiej krótkiej formie można wiele spróbować, mieszać gatunki, lejce są poluzowane. Gdy robię duży film fabularny, to muszę być konsekwentny. „Ksiądz” był więc trochę zabawą, trochę eksperymentem, no i oczywiście pracą zarobkową. Taka krótka przygoda.

Z dużą dozą autoironii…

Myślę sobie, że te moje filmy, wyjmując może „Wołyń” i „Różę”, zawsze tę nutę autoironii mają. Z reguły próbuję tak konstruować historie, by zaczęły się lekko, ludycznie, a potem żeby stopniowo ten uśmiech znikał widzowi z twarzy, i na końcu deska z gwoździem w tył głowy, refleksja i nadzieja. Nawet, jeżeli tylko ja tę nadzieję widzę.

Cała rozmowa na stronie LegalnaKultura.pl>>>

Rafał Pawłowski

Otagowane , ,

Skłodowska myślała szalenie nowocześnie – rozmowa z Karoliną Gruszką

cur600

Jej droga do naukowych odkryć wiodła ścieżką pełną wyzwań i wyrzeczeń. Musiała zmierzyć się z samotnością w obcym kraju, nieoczekiwaną śmiercią męża i niechęcią ze strony zdominowanego przez mężczyzn środowiska naukowego – o fenomenie Marii Skłodowskiej-Curie, aktorskiej chemii i potrzebie zmieniania świata rozmawiam z Karoliną Gruszką.

Filmowi „Maria Skłodowska-Curie” towarzyszy hasło „Poczuj chemię do Skłodowskiej”. W którym momencie Ty ją poczułaś?

Gdzieś tam głęboko w środku poczułam chemię do niej już po przeczytaniu scenariusza, mimo że to był tylko scenariusz. Mówię „tylko”, bo później przeczytałam całą jej korespondencję, dzienniki i stamtąd ta chemia do Skłodowskiej już ogarnęła mnie całą. Natomiast od razu po przeczytaniu scenariusza poczułam, że bardzo bym chciała nad tym pracować i że ten temat jest mi strasznie bliski na jakimś poziomie. Choć jeszcze wtedy nie do końca byłam świadoma na jakim.

Maria Skłodowska-Curie. W powszechnej świadomości funkcjonuje ona jako dwukrotna laureatka Nobla, autorytet z chemii i fizyki. Co takiego udało Ci się odkryć pod tą znaną wszystkim encyklopedyczną notką.

Skupiłam się na dokumentach, które się zachowały. Jej listy, dzienniki, autobiografia… to wszystko było dla mnie nośnikiem jej intensywnych przeżyć. Zapisem jej bardzo unikalnej wrażliwości. Targały nią ogromne namiętności i miała niezwykłą pasję do życia. Z czułością podchodziła do swoich bliskich, z niezwykłą uważnością do pracy. To wszystko bardzo mnie zaskoczyło, a jednocześnie ucieszyło jako aktorkę. Ale najbardziej odkrywcze było dla mnie to, ze w tamtych czasach Skłodowska myślała szalenie nowocześnie. Potrafiła widzieć siebie jako człowieka we wszech świecie, a nie jako kobietę uwięzioną w konwenansach.

Cała rozmowa na stronie LegalnaKultura.pl>>>

Rafał Pawłowski

Otagowane ,

Kino wg Michała Kwiecińskiego – rozmowa

kw600

Jego zawodowy świat dzieli się na dwie części. Pierwsza to popularne seriale, które realizuje dla największych stacji telewizyjnych w Polsce. Druga to kino stanowiące nieustające wyzwanie i przygodę. Spod jego producenckiej ręki wyszły m.in. „Miasto 44” Jana Komasy, „Wenecja” Jana Jakuba Kolskiego i „Drzazgi” Macieja Pieprzycy. Przez ostatnie 15 lat czuwał nad produkcją kolejnych filmów swojego przyjaciela Andrzeja Wajdy – od „Zemsty„, przez „Katyń” po „Powidoki„. Rozmawiam z twórcą Akson Studio Michałem Kwiecińskim.

Kinowa premiera „Bodo” to dość niespotykana sytuacja. Na ogół jest tak, że najpierw jest coś w kinie, potem trafia do telewizji. Wy natomiast przycięliście serial do wymiarów filmu kinowego i po roku od premiery telewizyjnej postanowiliście wprowadzić go do kin.

Pomysł, żeby powstał film i serial istniał od początku. W umowie z TVP zapisane było, że ma powstać film. Pierwotnie zakładaliśmy inną kolejność. Najpierw film, potem serial. Zdarzyło się jednak inaczej. Zmontowałem film, który generalnie w ogóle nie przypomina serialu. Dlatego że nie da się z 13 odcinków biograficznych zrobić półtoragodzinnego filmu biograficznego. Dlatego jest to film muzyczny. Postać Bodo jest tylko pretekstem do pokazania szalonych lat dwudziestych i trzydziestych w wolnej Polsce i Europie. Nasza propozycja nie jest więc skierowana do widza kina biograficznego, tylko do wielbicieli filmu muzycznego.

„Bodo” to piosenki, „Bodo” to rewia. Cofnijmy się trochę do momentu produkcji tego filmu i pomówmy o tym, jak to wszystko powstało, jak tworzyliście te sceny muzyczne, co było wyzwaniem realizacyjnym, przy tych wszystkich ograniczeniach, które zawsze spotykamy w polskim kinie.

Wyzwaniem, jeśli chodzi o stronę muzyczną, choreograficzną, inscenizacyjną – było właściwie wszystko. Potrzeba było wielu godzin prób tanecznych i wokalnych dla aktorów. Nagrywaliśmy playbacki długo przed realizacją scen filmowych – czyli już na tym etapie trzeba było sobie wyobrazić, jak będą wyglądały choreografie tych wszystkich scen, żeby ekspresja śpiewania pasowała do ruchu, który był stworzony dużo później. To był ugór, pole niczyje i długo się przez nie przedzierałem, ponieważ w Polsce nie ma tradycji filmów muzycznych. Nie ma specjalistów, którzy mogliby w tym pomóc. Nie ma jednego miejsca, studia muzyczno-tanecznego, gdzie można się zgłosić, i powiedzieć „słuchajcie, przygotujcie mi aktorów do filmu muzycznego, przygotujcie mi do tego tancerzy, choreografię”.

Cała rozmowa na stronie LegalnaKultura.pl>>>

Rafał Pawłowski

Otagowane , ,

Odnaleźć swoją drogę – rozmowa z Michałem Sobocińskim

sobocinski

Ma 29 lat i doświadczenie, którego można pozazdrość. Brał bowiem udział w realizacji ponad trzydziestu  projektów fabularnych,  seriali i  filmów dokumentalnych. Pochodzi z rodziny wybitnych operatorów. Jego dziadek Witold był autorem zdjęć m.in. do filmów Andrzeja Wajdy, Wojciecha Jerzego Hasa i Romana Polańskiego, zaś ojciec Piotr Sobociński uzyskał nominację do Oscara za zdjęcia do filmu „Trzy kolory. Czerwony” Krzysztofa Kieślowskiego. O sztuce robienia zdjęć filmowych i „presji nazwiska” rozmawiam z Michałem Sobocińskim.

Zdarzają się filmowe rodziny aktorskie czy reżyserskie, ale o drugiej trzypokoleniowej rodzinie operatorów, takiej jak Sobocińscy, to chyba w życiu nie słyszałem.

Dziadek, ojciec, brat i ja… można więc powiedzieć, że jestem nawet czwarty. Wydaje mi się, że chyba nie ma takiego drugiego przypadku.

Jak to się stało, że wszyscy zajęliście się opowiadaniem obrazem? Z tego co wiem, to nikt w rodzinie nie myślał o zawodzie filmowca.

To prawda. Ojciec chciał pójść na malarstwo, dziadek chciał być pilotem, był muzykiem. Ja też skończyłem szkołę muzyczną i grałem na gitarze. Co więcej ojciec nie chciał, żebyśmy ja i mój brat byli operatorami. O ile dziadek rzeczywiście coś tam sobie wyobrażał, to ojciec powtarzał, że powinniśmy wybrać sobie jakieś normalne zawody. Myślę, że podświadomie wiedział, że nie popychając nas w tym kierunku, to się naturalnie wydarzy albo nie. Każdy z nas musiał sam odnaleźć swoją drogę. I mogę powiedzieć, że koneksje rodzinne tak samo przeszkadzają, jak pomagają.

Cały wywiad na stronie LegalnaKultura.pl>>>

Rafał Pawłowski

Otagowane , , ,
%d blogerów lubi to: