Rok 2016. Oczarowania

Kolejny filmowy rok za nami. Rok z pewnością wyjątkowy, w którym ważną rolę odegrało także polskie kino, racząc nas kilkoma naprawdę znakomitymi tytułami. Niestety nie wszystkie z nich dałem radę pomieścić w podsumowującym 2016 Top Ten.

barany

BARANY. ISLANDZKA OPOWIEŚĆ reż. Grímur Hákonarson

Choć kinematografia Islandii od dobrych kilku lat nie jest żadną terra incognita, to jednak „Barany” potrafiły wspiąć się ponad jej zwyczajowy dobry poziom. Obraz Grimura Hákonarsona to przejmujące studium człowieczeństwa konfrontowanego z typowo ludzkimi słabościami i wystawionego na próbę przez nieujarzmione siły natury. Zostaje w głowie na długo po wyjściu z kina.

wolyn

WOŁYŃ reż. Wojtek Smarzowski

Obraz Smarzowskiego jest niczym cios siekierą w głowę. Jednak o jego wielkości stanowi nie tylko poruszana tematyka, ale także sposób, w jaki to robi. „Wołyń” imponuje iście hollywoodzkim rozmachem, jakiego nie było w polskim kinie co najmniej od czasów „Potopu” Jerzego Hoffmana. Pietyzm, z jakim oddaje realia wielokulturowego pogranicza II Rzeczpospolitej, śmiało pozwala stawiać go obok takich filmowych eposów, jak „Wrota niebios” Michaela Cimino czy „Aż poleje się krew” Paula Thomasa Andersona. Moja recenzja…

pterson

PATERSON reż. Jim Jarmusch

Wielki powrót Jima Jarmuscha w roli obserwatora absurdów codzienności przywołujący na myśl jego filmowe obrazy z lat 80. Podszyta melancholią opowieść o poetyckich ambicjach kierowcy miejskiego autobusu jest afirmacją codzienności pozwalającą odpocząć od codziennego zgiełku i znaleźć w sobie dystans do otaczającego nas świata.

nawet

NAWET NIE WIESZ, JAK BARDZO CIĘ KOCHAM reż. Paweł Łoziński

Filmowa psychoterapia zafundowana widzom przez Pawła Łozińskiego lawiruje na pograniczu dokumentu i fikcji pozwalając w ten sposób zbliżyć się do tkwiących w nas samych traum i osobistych problemów. Kino-lustro.

major

MAJOR reż. Juri Bykow

Trafiający do nas z dużym, bo aż trzyletnim opóźnieniem film Jurija Bykowa można określić mianem rosyjskiej odpowiedzi na „Drogówkę” Wojtka Smarzowskiego. Tu również mamy środowisko skorumpowanych policjantów, reżyser nie sili się jednak na budowanie jakiejś skomplikowanej wielowątkowej opowieści, zamiast tego pokazuje jak próba zatuszowania samochodowego wypadku niespodziewanie uruchamia spiralę zła, która nie oszczędzi żadnego z bohaterów.

pokoj

POKÓJ reż. Lenny Abrahamson

Prosta opowieść o kobiecie przetrzymywanej w niewoli, ucieczce i próbie powrotu do rzeczywistości wymyka się jednak schematom za sprawą niecodziennej narracji. Naszym przewodnikiem jest tu bowiem urodzony w zamknięciu syn głównej bohaterki, z którego perspektywy poznajemy świat i kibicujemy ich wspólnej walce o wolność, a następnie próbom jej oswojenia i radzenia sobie z traumą przeszłości.

spotlight-1

SPOTLIGHT reż. Tom McCarthy

Świetny przykład filmowego rzemiosła, za pomocą którego udało się przenieść na ekran z pozoru afilmową historię wielomiesięcznego skomplikowanego dziennikarskiego śledztwa w sprawie ukrywania przez Kościół przypadków pedofilii wśród księży w Bostonie. Stanowiąca fascynujące widowisko, opowiedziana z pasją pochwała rzetelności i nieustępliwości w dochodzeniu do prawdy.

carol

CAROL reż. Todd Haynes

Najbardziej niedoceniony film ubiegłorocznych Oscarów. Zdjęcia Eda Lachmana wbijają w fotel, bowiem udało mu dosłownie ożywić świat z imponujących kart magazynu „Life” lat 50. A ekran za sprawą aktorskiego duetu Cate Blanchett-Rooney Mara wprost buzuje od emocji. Piękna opowieść o trudach miłości, a na dodatek pierwszy Carol w polskich kinach bez udziału Piotra Adamczyka 😉

THE HATEFUL EIGHT

NIENAWISTNA ÓSEMKA reż. Quentin Taratino

Mistrzowska makabreska rozgrywana niczym partia wytrawnego pokera z kart kryminalnych powieści Agaty Christie. Wielki powrót Jennifer Jason Leigh – kolejny dowód niezwykłej tarantiowskiej umiejętności przywracania blasku nieco zapomnianym gwiazdom.

mustang

MUSTANG reż. Deniz Gamze Ergüven

Opowieść o piekle dorastania w patriarchalnym społeczeństwie przeszła przez nasze kina przed rozpaleniem sporu aborcyjnego i czarnym protestem, który przetoczył się przez Polskę. Z perspektywy tych wydarzeń, będący opowieścią o pragnieniu wolności i cenie, jaką płaci się za nie w konserwatywnych społecznościach, „Mustang” dodatkowo zyskał na aktualności. Niestety.

Rafał Pawłowski

Otagowane , , , , , , , , , , , ,

Wojna nie ma w sobie nic z kobiety

wolyn

„Wołyń” to drugi po „Róży” film Wojtka Smarzowskiego odważnie dotykający tematu wojennego okrucieństwa i wpisującej się weń tematyki napięć narodowościowych. Odwołując się do sprawdzonych gatunkowych wzorców Smarzowskiemu po raz kolejny udało się zbudować opowieść krytyczną wobec historii i rządzących nią mechanizmów.

O ile przedstawiając w „Róży” wojenną traumę Mazurów Smarzowski świadomie korzystał z formuły westernu, bohaterem czyniąc samotnego „rewolwerowca” występującego w obronie dotkniętych wojenną pożogą kobiet, to w „Wołyniu” odwołuje się do melodramatu budując narrację wokół niespełnionej miłości polskiej chłopki Zosi Głowackiej (wyróżniona w Gdyni za debiut aktorski Michalina Łabacz) i jej ukraińskiego rówieśnika, mieszkającego po sąsiedzku Petra (Vasili Vasylyk). Dziewczyna wpada jednak w oko Skibie (Arkadiusz Jakubik), starszemu od niej wdowcowi z dwójką dzieci. Prowadzone w cieniu toczącego się wesela starszej siostry męskie negocjacje sprawiają, że za parę morg ziemi i żywiznę Głowacki (Jacek Braciak) decyduje się oddać drugą z córek Skibie. I choć Zosia nie chce pogodzić się z wolą ojca, jej los zostaje przypieczętowany. Chwilę później wybucha II wojna światowa wywracając do góry nogami świat żyjących obok siebie polskich, ukraińskich i żydowskich mieszkańców Kresów.

Film Smarzowskiego imponuje iście hollywoodzkim rozmachem, jakiego nie było w polskim kinie co najmniej od czasów „Potopu” Jerzego Hoffmana. Pietyzm, z jakim oddaje realia wielokulturowego pogranicza II Rzeczpospolitej, śmiało pozwala stawiać go obok takich filmowych eposów, jak „Wrota niebios” Michaela Cimino czy „Aż poleje się krew” Paula Thomasa Andersona. Jednak w porównaniu z nimi „Wołyń” ma charakter zdecydowanie bardziej uniwersalny.

To przede wszystkim opowieść o nienawiści. Tej na przedwojniu buzującej pod skórą pod wpływem narodowych nierówności, tkwiącej korzeniami w sarmackiej tradycji dominującej pozycji Lachów i państwowotwórczych ambicjach Ukraińców upatrujących w Hitlerze nadziei na uzyskanie niepodległości. I tej wojennej, która pod wpływem uruchomionej maszynerii pogardy i śmierci, wybucha całą mocą zbierając krwawe żniwo. Smarzowskiemu udaje się ominąć pułapki „czarno-białej” historycznej rekonstrukcji i  uchwycić uniwersalny charakter nienawiści pozwalający wołyńską tragedię zestawiać choćby ze zbrodniami, do jakich w imię narodowo-politycznych haseł dochodziło w drugiej połowie XX wieku w Indonezji czy na Bałkanach.

Jest jednak coś jeszcze, co wyróżnia tę historię na tle innych tego typu opowieści, jak i kina Smarzowskiego w ogóle. Na „Wołyń” patrzy się niczym na zagubiony rozdział słynnego reportażu Swiatłany Aleksijewicz „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”. Twórca „Róży” po raz pierwszy zdecydował się pokazać widzom świat z kobiecej perspektywy. Wydarzenia, które doprowadziły do rzezi wołyńskiej, oglądamy oczami Zosi zmuszonej wraz z dziećmi do walki o przetrwanie. Jest ona bezwolną ofiarą męskich ambicji, od początku skazaną na łaskę ojca, męża, żołnierzy, sąsiadów, partyzantów itd. Pokazując z werystycznym, bliskim słynnemu „Idź i patrz” Elena Klimowa, okrucieństwem tragedię otaczającego Zosię świata Smarzowski wymierza oskarżycielski palec nie tylko w stronę jej współczesnych, ale także tych, którzy niezależnie do epoki i szerokości geograficznej starają się budować rzeczywistość na fundamentach heroicznych mitów.

Rafał Pawłowski

 

Otagowane , , , ,

Kryminał śpiewany falsetem

0464c0b84ce09bf675def467d99a-1000

Oto jeden z najsłynniejszych przepisów na kryminał: Weź sfrustrowanego faceta z przeszłością, dołóż mu introwertycznego partnera płci przeciwnej i każ im rozwiązać zagadkę tajemniczych śmierci. „Sługi boże” Mariusza Gawrysia powstały dokładnie według tego schematu, który wzbogacono o kilka dodatkowych wątków. Niestety z miernym skutkiem.

Początek jest całkiem ciekawy.Oto w filmowanym na skandynawską modłę Wrocławiu, cierpiący na depresję po śmierci żony i córki, komisarz Warski (Bartłomiej Topa) zostaje przydzielony do sprawy śmierci dziewczyny, która rzuciła się w nocy z Mostka Czarownic łączącego wieże katedry św. Marii Magdaleny. Okazuje się, że kobieta była niemiecką studentką należącą do działającego w kościele żeńskiego chóru. W związku z tym do Wrocławia przybywa zza zachodniej granicy śledcza Ana Wittesch (Julia Kijowska). Pierwsze dowody wskazują na samobójstwo, gdy jednak kilka dni później ginie kolejna chórzystka, sprawa okazuje się bardziej skomplikowana, a tropy zdają się prowadzić do zarządzającego katedrą księdza Witeckiego (Henryk Talar) i podległego mu opiekuna chóru Rudzkiego (Adam Woronowicz). Śledczy postanawiają obserwować kantora, który uważa, że śmierć kobiet to boska kara za bluźnierstwo czyli śpiewanie, zarezerwowanych w liturgii dla mężczyzn, gregoriańskich chorałów.

Zamiast skupić się na zbudowaniu solidnej intrygi i klimatycznej kryminalnej opowieści autorzy scenariusza (Mariusz Gawryś i Maciej Strzembosz) wprowadzają bez ładu i składu kolejnych bohaterów i wątki. Warski wdaje się w romans z policyjną psycholog (Małgorzata Foremniak), a tajemnicze zgony okazują się mieć związek z kościelną aferą finansową, w którą zamieszane są tajne służby byłego bloku wschodniego i watykańscy notable. Ekranowa opowieść przyspiesza, niestety z wyraźną szkodą dla całej historii, a całość niebezpiecznie trąci farsą. Jej uosobieniem są, fatalnie grana przez Foremniak, postać doktor Joanny Stanisz i towarzyszący jej tajemniczy Tadeusz Kalita (Andrzej Konopka).

„Sługi boże” kręcono jednocześnie z myślą o filmie kinowym i serialu. W kinie czuć to bardzo wyraźnie właśnie za sprawą niedokończonych, porzucanych przez twórców wątków, jak i zaburzonej logiki zdarzeń. Włamania, pościgi, zabójstwa i mroczne tajemnice z przeszłości nijak nie chcą ułożyć się tu w zwartą opowieść. A rozwiązanie całej historii wydaje się wyjątkowo niedorzeczne. Brakuje tylko, by antagoniści okazali się duchowymi spadkobiercami dr Mengele.

Całości nie uwiarygadniają także aktorzy. Co prawda świetnie wypada Kijowska jako kalecząca polski Niemka (ktoś wreszcie pomyślał, jak zrobić użytek z jej wady wymowy), ale już Bartek Topa, choć jako policjant jest wiarygodny, to w roli ojca i męża cierpiącego po stracie najbliższych kompletnie się nie sprawdza. Podobnie jak Krzysztof Stelmaszczyk w roli przedstawiciela watykańskiej finansjery.

Twórcy „Sług bożych” postanowili wykorzystać modę na kryminał, którą w polskim wydaniu zwiastowały ubiegłoroczne „Ziarno prawdy” Borysa Lankosza i „Jeziorak” Michała Otłowskiego. Niestety ta propozycja, nawet w zestawieniu wyłącznie z krajowym podwórkiem, wypada niczym szkolny bryk przy akademickich podręcznikach. To filmowy kadłubek, który postawić można na półce jedynie obok takich „arcydzieł” polskiego kina sensacyjnego, jak „Sęp” Eugeniusza Korina czy „Trick” Jana Hryniaka. Jak sobie myślę, że ten film znalazł się w konkursie Festiwalu Filmowego w Gdyni, a zabrakło w nim miejsca dla całkiem niezłej, również kryminalnej, „Prostej historii o morderstwie” Arka Jakubika to mam autentyczny niesmak.

Dlatego też zamiast do kina, zdecydowanie polecam wyprawę na koncert jakiegoś gregoriańskiego chóru. Z pewnością będzie to lepiej spędzony czas.

Rafał Pawłowski

Otagowane , , , , , , , ,

Gniot smoleński

Smolensk„Smoleńsk” Antoniego Krauzego, pomijając jego ewidentnie propagandowy charakter, zwyczajnie nie broni się jako sensacyjna opowieść z gatunku political fiction. Szwankuje w nim wszystko – począwszy od scenariusza i aktorstwa, na zdjęciach i efektach specjalnych skończywszy.

Oparty na spekulacjach i insynuacjach „Smoleńsk” oskarżycielskim palcem wskazuje Rosję jako mocodawcę spisku, który doprowadził do śmierci polskiego Prezydenta i lecącej z nim delegacji na obchody rocznicy zbrodni katyńskiej. Zrealizowane przy sugerowanym współudziale rządu Donalda Tuska wyeliminowanie Lecha Kaczyńskiego miało być zemstą za polityczne zaangażowanie w konflikt w Gruzji. Mamy tu więc cały arsenał środków – od sztucznej mgły po wybuch na pokładzie, który doprowadził do rozpadu prezydenckiej maszyny w dniu 10 kwietnia 2010 roku.

To jednak nie teorie spiskowe i ich legitymizowanie jest głównym problemem „Smoleńska”, lecz kompletnie idiotyczne założenie, że ich głosiciele /eksperci lotnictwa, technicy, świadkowie itp./ są niegroźni, póki do swoich rewelacji nie próbują przekonać nie różnej maści gwiazdy prawicowych mediów, ale Ninę – reporterkę TVM-Sat (czyżby subtelna aluzja do TVN?). Po spotkaniu z nią natomiast masowo popełniają samobójstwa. No ale grająca główną rolę Beata Fido jest bardziej drewniana od smoleńskiej brzozy, więc może w tym sęk…

Wypełniająca początkowo bez mrugnięcia okiem polecenia swoich szefów Nina, w miarę wgłębiania się w sprawę katastrofy, nabiera coraz większych wątpliwości co do jej przebiegu i sposobu prowadzenia rządowego śledztwa. Mimo pojawiających się obiekcji szef stacji (karykaturalnie demoniczny Redbad Klynstra) nie decyduje się na odebranie jej tematu Smoleńska, lecz z pomocą tajemniczego dyplomaty (budzący skojarzenia ze szpiegiem z krainy deszczowców Jerzy Zelnik) co rusz podsuwa jej fałszywe tropy. Ta swoista zabawa w spiskowanie jest równie wiarygodna co żarty gimnazjalistów, którzy przykleili koledze na plecach kartkę z napisem „Jestem głupi”. Zresztą karykaturalni są tu bez wyjątków wszyscy, którzy nie wierzą w zamach – od cynicznych polityków, przez pijanych Rosjan po agresywnych przeciwników krzyża przed Pałacem Prezydenckim.

Czarno-biały charakter opowiadanej historii sprawia, że nie ma w niej za grosz napięcia, które powinno cechować film sensacyjny, tak, by widz czuł, że wraz z bohaterem w miarę seansu zbliża się do jakiegoś kulminacyjnego rozwiązania. Obserwujemy niewiarygodną bohaterkę, której motywacja do końca pozostaje niejasna, a jej przemiana w żaden sposób nie wynika z ekranowej historii. Nie pomaga też realizacja – rodem z najgorszych telenowel. Nakręcone w dużej mierze we wnętrzach statyczne ujęcia przeplatane są z ogromnymi ilościami materiałów dokumentalnych prezentujących m.in. wydarzenia na Krakowskim Przedmieściu i pochówek Lecha Kaczyńskiego na Wawelu, które swoim charakterem uwiarygadniać mają autentyczność przekazu. Całości dopełniają zaś efekty specjalne, na poprawianie których poświęcono podobno ostatnie pół roku. Dziś wyglądają jak z lat 90. – aż strach pomyśleć, jak słabo musiały prezentować się pierwotnie.

Czy na temat 10 kwietnia mógł w ogóle powstać dobry film? Jest w „Smoleńsku” wątek, który udowadnia, że tak. To historia generała Błasika, a raczej jego żony. Zniuansowana postać generałowej, świetnie zagrana przez Aldonę Struzik ma potencjał na główną bohaterkę – kobietę, która, kwestionując ustalenia komisji śledczej, walczy o dobre imię męża oskarżanego o wywieranie presji na pilotów podczas lądowania, a jednocześnie próbuje scalić dotkniętą stratą rodzinę. Można żałować, że scenarzyści nie poszli tym tropem i nie stworzyli pełnokrwistej opowieści o osobistym dramacie w trybach współczesnej historii.

Zamiast tego dostaliśmy propagandowe dzieło, które prawicowa krytyka próbuje w nieuzasadniony sposób zestawiać z także eksplorującym spiskowe teorie „JFK” Olivera Stone’a. Różnica jest jednak zasadnicza. W przypadku Kennedy’ego kwestia zamachu była bezsporna, zaś spekulacje dotyczyły jedynie motywów i mocodawców. A sam film od wydarzeń dzielił bezpieczny czasowy bufor. Zrealizowany na polityczne zamówienie „Smoleńsk” to dzieło propagandowe mające na celu społeczne umocowanie teorii o zamachu zgodnie z nieśmiertelną leninowską ideą, wg której kino to najważniejsza ze sztuk.

Co ciekawe, w filmie nie pojawia się nawet na chwilę postać Jarosława Kaczyńskiego. Przyjmując optykę twórców można pozwolić sobie na domniemania, że Ci albo ulegli złym podszeptom i wygumkowali go z historii, albo też przewidują dla niego specjalną rolę w ewentualnej kontynuacji. A może, wzorem amerykańskich filmów sensacyjnych, najważniejsi mocodawcy po prostu nie zostają ujawnieni?

Podobno scenariusz „Smoleńska” zakładał w finale śmierć głównej bohaterki. Scenę nakręcono, lecz nie znalazła się ona w finalnej wersji filmu. Być może dobrze, bo obawiam się, że przy takim rozwiązaniu zirytowani postacią Niny i grą Beaty Fido widzowie mogliby zacząć bić brawo. „Smoleńsk” wieńczy za to ocierająca się o kicz oniryczna scena spotkania katyńskich oficerów z ofiarami katastrofy Tupolewa i duchem prezydenta obściskującym się w z ofiarami komunistycznej zbrodni. Przykro patrzy się na to, że szanowany i ceniony Antoni Krauze postanowił na starość zostać Veitem Harlanem polskiego kina.

Rafał Pawłowski

Otagowane , , , , , , ,

10 filmów na 10-lecie programu „30 minut”

30minut

Mija właśnie 10 lat od kiedy młodzi polscy filmowcy mogą zdobywać doświadczenie w ramach programu „30 minut” sprawdzając się w realizacji krótkometrażowych fabuł. To swoisty pomost między filmem dyplomowym a pełnometrażowym debiutem. Z grona powstałych w ramach programu produkcji wybrałem dziesięć, które stanowić mogą jego wizytówkę. Te filmy po prostu trzeba znać.

Poniższa kolejność ma charakter alfabetyczny:

128 szczur

128 szczur reż. Jakub Pączek

ariadiva_katalog

Aria Diva reż. Agnieszka Smoczyńska

ciemnego-pokoju-nie-trzeba-sie-bac-2011-04-13-800x450

Ciemnego pokoju nie trzeba się bać reż. Kuba Czekaj

chomik-ignaciuk

Chomik reż. Bartek Ignaciuk

Hanoi-Warszawa

Hanoi-Warszawa reż. Katarzyna Klimkiewicz

jak-gleboki-jest-ocean

Jak głęboki jest ocean reż. Filip Styczyński

kolezanki-jakimov

Koleżanki reż. Sylwester Jakimow

maly-palec

Mały palec reż. Tomasz Cichoń

mazurek

Mazurek reż. Julia Kolberger

Portret z pamięci

Portret z pamięci reż. Marcin Bortkiewicz

Rafał Pawłowski

Rok Kobiet

ORLY 2016 253 MJPrzyznane 7 marca nagrody Polskiej Akademii Filmowej Orły 2016, którymi w głównej mierze podzieliły się filmy „Body/Ciało” Małgorzaty Szumowskiej i „Moje córki krowy” Kingi Dębskiej symbolicznie podsumowują rok 2015 w polskim kinie. Można śmiało powiedzieć, że należał on do kobiet.

Do tej tezy nie trzeba nawet „wpasowywać”, zbudowanej na znakomitych kreacjach Agaty KuleszyAgaty Trzebuchowskiej, nagrodzonej Oscarem „Idy” Pawła Pawlikowskiego. Myśl ta śmiało obroniłaby się bowiem nawet bez pierwszego w historii wyróżnienia Amerykańskiej Akademii Filmowej dla fabuły znad Wisły. Wystarczy po prostu spokojnie podsumować sukcesy polskich filmów A.D. 2015.

Ubiegły rok zaczął się przecież od oscarowej nominacji dla przejmującej „Joanny” Anety Kopacz, która teraz w mocno sfeminizowanym gronie – wraz z „Aktorką” Kingi DębskiejMarii Konwickiej, „Nadejdą lepsze czasy” Hanny Polak„Pianem” Vity Drygas oraz z jedynym męskim pierwiastkiem: filmem „Karski i władcy ludzkości” Sławomira Grünberga – rywalizowała o Orła dla najlepszego filmu dokumentalnego. Statuetka powędrowała ostatecznie w ręce twórczyń „Aktorek” otwierając, jak się później okazało, wieczór będący ukoronowaniem dobrej passy kina tworzonego przez kobiety.

Wracając jednak do „Joanny”. Dokument Anety Kopacz nie był jednak jedynym zwiastunem tej passy. W styczniu 2015 z Festiwalu Sundance z Nagrodą Specjalną Jury wróciła Paulina Skibińska wyróżniona w Park City za dokumentalny „Obiekt”, a kilka tygodni później cieszyliśmy się z berlińskich nagród, w tym Srebrnego Niedźwiedzia za reżyserię, dla „Body/Ciało” Małgorzaty Szumowskiej. I tak miało już być przez kolejne miesiące. Patrząc dziś wstecz, na palcach jednej ręki można policzyć znaczące festiwale, na których Polki nie znalazły się w gronie nagrodzonych.

„Nadejdą lepsze czasy” Hanny Polak rozsławiało Polskę od Amsterdamu (to jeszcze w 2014) po Chicago, po drodze sięgając po Nagrodę „Millennium” – główny laur warszawskiego Docs Against Gravity Film Festival, a dziś cieszy się renomą najczęściej nagradzanego polskiego filmu ostatnich lat.

Polskie dokumentalistki zgarnęły trzy główne nagrody w Międzynarodowym Konkursie Dokumentalnym Krakowskiego Festiwalu Filmowego. Złoty Róg dla najlepszego filmu dokumentalnego trafił do Karoliny Bielawskiej, reżyserki „Mów mi Marianna„, Srebrny Rogi powędrowały do Aleksandry Maciuszek („Casa blanca”) i Agnieszki Zwiefki („Królowa ciszy”). Agnieszka Maciuszek dodatkowo tryumfowała też w Konkursie Polskim, zaś Nagroda Specjalna w tej sekcji przypadła Vicie Drygas za „Piano”.

Zaś w październiku na Hot Springs Documentary Film Festival Nagrodą dla najlepszego krótkiego filmu dokumentalnego wyróżniono zaś „Koniec świata” Moniki Pawluczuk, który dzięki temu wyróżnieniu może ubiegać się o przyszłoroczną nominację do Oscara.

Tryumfujące podczas gali Orłów „Body/Ciało” po Berlinale zdążyło sięgnąć m.in. po nagrody na festiwalach w Brukseli i Limie, oraz nominację do Europejskiej Nagrody Filmowej, a także zachwycić Jury 40. Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni sięgając m.in. po Złote Lwy, a także Nagrodę za debiut aktorski za kreację Justyny Suwały. Ale Gdynia to także inne, również wyróżnione Nagrodą Polskiej Akademii Filmowej, odkrycie –„Córki dancingu” Agnieszki Smoczyńskiej, które także zdążyły już sięgnąć po nagrody Sundance i Fantasporto. Nie sposób pominąć też Nagrody za montaż „11 minut” i „Intruza” dla Agnieszki Glińskiej (także wyróżnionej Orłem) oraz, nagrodzonych przez publiczność, dziennikarzy, a także Sieć Kin Studyjnych i Lokalnych „Moich córek krówKingi Dębskiej – patrząc na wyniki box office’u jednego z większych tegorocznych hitów polskiego kina, ale przede wszystkim drugiego, obok filmu Szumowskiej, tryumfatora tegorocznych Orłów wyróżnionego statuetką za najlepszy scenariusz oraz Nagrodą Publiczności.

Rok 2015 w polskim kinie należał do kobiet i doskonale widać to w werdykcie członków Polskiej Akademii Filmowej. Czyżby właśnie dlatego ceremonię podsumowujących ten czas Orłów 2016 zaplanowano w przeddzień Dnia Kobiet?

Rafał Pawłowski

Fot. East News

Otagowane , , , , , , , ,

And The Oscar Goes To… czyli oscarowe przymiarki

The 85th Academy Awards® will air live on Oscar® Sunday, February 24, 2013.W tym roku emocje oscarowe jakby mniejsze, przede wszystkim dlatego, że w gronie nominowanych nie znajdziemy żadnych polskich tytułów i nazwisk. Choć jeśli komuś bardzo zależy, to może trzymać kciuki za najbardziej „polski z niepolskich” kandydatów czyli „Pokój” w reżyserii, mającego rodzinne związki z naszym krajem, Lenny’ego Abrahamsona.

Oczywiście to wszystko nie przeszkadza w puszczeniu wodzy fantazji i zabawie w typowanie zwycięzców. Oto moja oscarowa lista marzeń.

NAJLEPSZY FILM

Wygra: „Zjawa”
Powinien wygrać: „Spotlight” lub „Pokój”

Od kiedy o Oscara dla najlepszego filmu ubiega się aż osiem tytułów, w naturalny sposób są takie, które zdecydowanie wybijają się ponad resztę. Tak jest w przypadku „Zjawy” – w Polsce przyjętej dość chłodno, zaś w Stanach wzbudzającej euforię, jako filmowa egzemplifikacja założycielskiego mitu i starcia człowieka z naturą, ale także jako realizacyjny majstersztyk. Osobiście wolałbym widzieć statuetkę w rękach twórców „Spotlight” lub „Pokoju” – filmów zrealizowanych w sposób sumienny, stawiający ponad warsztatowe fajerwerki wagę opowiadanej historii.

NAJLEPSZA REŻYSERIA

Wygra: Alejandro G. Iñárritu „Zjawa”
Powinien wygrać: George Miller „Mad Max: Na drodze gniewu”

Jeśli ktokolwiek może wygrać w tej kategorii z twórcą „Zjawy” to jedynie George Miller, któremu po wielu dekadach udało się zrealizować noszoną w sercu przez lata wizję „Mad Maxa”. 70-letni Australijczyk, który ostatni film aktorski popełnił dwie dekady temu, powrócił w stylu, którego pozazdrościć mu może wielu młodszych kolegów. „Mad Max” to kwintesencja kina akcji XXI wieku.

NAJLEPSZY AKTOR

Wygra: Leonardo DiCapro „Zjawa”
Powinien wygrać: Michael Fassbender „Steve Jobs”

Prawdopodobnie będziemy świadkami momentu, gdy epoka żartów z DiCaprio i jego starań o Oscara odejdzie w niebyt. Z jednej strony dobrze, bo to naprawdę świetny aktor, z drugiej szkoda, że statuetkę dostanie za „Zjawę” , która jest trochę kompilacją jego wcześniejszych ról. Ciekawszym i lepszym wyborem byłby bez wątpienia Fassbender, który po raz kolejny udowadnia, że posiadł niezwykłą umiejętność metamorfozy.

NAJLEPSZA AKTORKA

Wygra: Brie Larson „Pokój”
Powinna wygrać: Cate Blanchett „Carol”

Hollywood kocha nowe twarze. Stąd też brawurowo pukająca do aktorskiej czołówki Brie Larson ma ogromną szansę na statuetkę. Ja osobiście jednak trzymam kciuki za Blanchett będąc pod wrażeniem jej niezwykłej kreacji w mocno niedocenionym w nominacjach filmie Toda Haynessa.

NAJLEPSZY AKTOR W ROLI DRUGOPLANOWEJ

Wygra:Sylvester Stallone „Creed”
Powinien wygrać: Tom Hardy „Zjawa”

Oscar dla Rocky’ego będzie pięknym gestem wobec kina i jego historii, ale gdyby odrzucić sentymenty, to statuetka powinna trafić do Hardy’ego, który w „Zjawie” przyćmił DiCaprio. Gdyby zresztą z tej dwójki to właśnie on, a nie Leo, sięgnął po statuetkę – wysyp memów gwarantowany.

NAJLEPSZA AKTORKA W ROLI DRUGOPLANOWEJ

Wygra: Rooney Mara „Carol”
Powinna wygrać: Jennifer Jason Leigh „Nienawistna ósemka”

Bukmacherzy stawiają na Alicię Vikander z „Dziewczyny z portretu”. Ja mam jednak swoich faworytów. „Carol” i „Nienawistną ósemkę” uważam, za dwa najbardziej niedocenione w nominacjach tytuły. I ucieszę się z każdej nagrody dla ich twórców. W tym jednak wypadku szczególnie kibicuję Jennifer Jason Leigh chyląc czoła przed tarantiowską umiejętnością do przywracania blasku nieco zapomnianym gwiazdom.

SCENARIUSZ ORYGINALNY

Wygra: „Spotlight” Josh Singer, Tom McCarthy
Powinien wygrać: „Spotlight”

Sumienne kino na ważny temat to być może za mało na statuetkę dla najlepszego filmu, ale wystarczająco, by zgarnąć nagrodę za scenariusz.

SCENARIUSZ ADAPTOWANY

Wygra: „Pokój”  Emma Donoghue
Powinien wygrać: „Pokój”

Choć to w gruncie rzeczy prosta historia, to jednak fakt, by opowiedzieć ten temat z perspektywy dziecka ma w sobie błysk geniuszu, za który bez wątpienia należy się statuetka.

NAJLEPSZE ZDJĘCIA

Wygra: „Zjawa” Emmanuel Lubezki
Powinna wygrać: „Carol” Edwarda Lachmana

Zrealizowane wyłącznie w naturalnym świetle zdjęcia Emmanuela Lubezkiego imponują, niemniej oglądając „Carol” mam wrażenie, że Lachmanowi udało się ożywić świat z imponujących kart magazynu „Life” lat 50. Chylę czoła.

NAJLEPSZY MONTAŻ

Wygra: „Mad Max: Na drodze gniewu” Margaret Sixel
Powinien wygrać: „Mad Max: Na drodze gniewu”

Oglądając „Mad Maxa” ma się wrażenie jazdy rollercoasterem, który nieustannie przyśpiesza. To się nazywa sztuka montażu!

NAJLEPSZA MUZYKA

Wygra: „Nienawistna ósmka” Ennio Morricone
Powinien wygrać: „Nienawistna ósmka” Ennio Morricone

Tarantino od zawsze ma nie tylko oko, ale i ucho. A Morricone, w przeciwieństwie do nominowanego za „Gwiezdne wojny: Przebudzenie mocy” Williamsa, nie odcina kuponów od przeszłości.

NAJLEPSZY FILM NIEANGLOJĘZYCZNY

Wygra: „Syn Szawła”
Powinien wygrać: „Mustang”

Twórcy „Syna Szawła” pokazali, że nadal można powiedzieć coś nowego w temacie Holocaustu i raczej na pewno statuetka powędruje właśnie w ich ręce. Wydaje się jednak, że „Mustang” (pomijając nie do końca jasne kryteria wg których reprezentuje Francję) to jednak przy dość klasycznej formie to film ważniejszy społecznie i politycznie.

NAJLEPSZY PEŁNOMETRAŻOWY FILM DOKUMENTALNY

Wygra: „Amy” Asif Kapadia
Powinien wygrać: „Scena ciszy” Joshua Oppenheimer

To będzie niestety tryumf kina pudelkowego, któremu na siłę przypisuje się jakąś głębię. Tym bardziej trzymam kciuki za Oppenheimera tworzącego kino mające moc zmiany świata.

NAJLEPSZY PEŁNOMETRAŻOWY FILM ANIMOWANY

Wygra: „W głowie się nie mieści”
Powinien wygrać: ?

To niestety kategoria, w której monopol mają Disney i Pixar, a wyjątki zdarzają się niezwykle rzadko. „W głowie się nie mieści” to sympatyczne i mądre kino, ale jednak wolałbym, by wygrał tytuł proponujący jakąś alternatywną formę plastyczną.

POZOSTAŁE KATEGORIE

Krótkich metraży nie miałem okazji obejrzeć. W gronie nagród technicznych (kostiumy, scenografia, efekty specjalne itp.) trzymam kciuki za „Mad Maxa”, z głęboką nadzieją, że rozczarowujące, odgrzewane kotlety z „Gwiezdnych wojen” nie załapią na statuetki.

Rafał Pawłowski

Polskie kino A.D.2015

babybumpna plusie:

OSCAR DLA „IDY” i WZROST RENOMY POLSKIEGO KINA NA ŚWIECIE

Rok 2015 był rokiem „Idy”, choć pierwszy w historii polskiego kina Oscar dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego de facto był „jednie” ukoronowaniem pasma sukcesów, które trwało przez cały rok 2014. Istotne jest jednak to, że fenomen filmu Pawła Pawlikowskiego nie okazał się sukcesem odosobnionym. Jeszcze zanim twórcy „Idy” ze wzruszeniem odebrali oscarową statuetkę, z Berlina ze Srebrnymi Lwami za reżyserię „Body/Ciało” wróciła Małgorzata Szumowska. Do listy ważnych nagród dla polskich filmów w 2015 roku należy dopisać weneckie wyróżnienia dla „11 minut” Jerzego Skolimowskiego i „Baby Bump” Kuby Czekaja oraz nagrodę za reżyserię w Locarno dla stworzonego we Francji „Kosmosu” Andrzeja Żuławskiego. Do tego dochodzą międzynarodowe sukcesy dokumentów „Nadejdą lepsze czasy” Hanny Polak, „Bracia” Wojciecha Staronia oraz „Don Juan” Jerzego Śladkowskiego.

DEBIUTY

Rok 2015 był rokiem młodych. To oni nadawali ton polskiemu kinu, o czym najlepiej świadczy także werdykt Festiwalu w Gdyni, gdzie debiutujący „Intruzem” Magnus von Horn zgarnął nagrody za scenariusz i reżyserię zostawiając w polu utytułowanych kolegów. I choć z samym werdyktem nie do końca się zgadzam [pisałem o nim tutaj…], to pozostaje faktem, że w 2015 roku swoje kinowe premiery miało aż 13 polskich debiutów.

ZAGRANICZNE PRODUKCJE

Mimo braku systemu zachęt finansowych hollywoodzcy filmowcy zaczęli wybierać Polskę jako miejsce realizacji swoich projektów. W 2014 Wrocław „zagrał” Berlin w „Moście szpiegów” Spielberga, zaś w 2015 prym wiódł Kraków, który przyciągnął m.in. Jima Carreya. Oprócz produkcji z Hollywood i Europy, w Polsce od lat kręcą także Hindusi, a ostatnio… Japończycy.

na minusie:

NOWA POLITYKA KULTURALNA

Zamieszanie z wyborem ekspertów PISF i opóźnienia z tym związane. Krytyczne wypowiedzi rządzących na temat „Idy”. Zapowiedzi „ręcznego” sterowania polską kinematografią zaprzęgniętą w służbę polityce historycznej. Końcówka roku 2015 w związku z politycznymi zmianami na najwyższym szczeblu okazała się niezwykle emocjonująca. Niestety in minus. Nad przyszłością polskiego kina unosi się dziś wielki znak zapytania.

ŚMIERĆ JERZEGO PŁAŻEWSKIEGO

Odejście ikony polskiej krytyki filmowej to ogromna strata dla polskiego piśmiennictwa i kultury filmowej. Jego pasja kina zrodzona w zamierzchłej epoce, gdy nie było jeszcze internetu i wyrażona wielokrotnie wznawianą „Historią Filmu” była przepustką do celuloidowego świata dla kilku pokoleń kinomanów.

Rafał Pawłowski

Rok 2015. Oczarowania

Oto 10 moim zdaniem najważniejszych filmów, jakie zagościły na polskich ekranach w 2015 roku.

sol ziemiSÓL ZIEMI reż. Wim Wenders, Juliano Ribeiro Salgado

Nie będzie przesadą, jeśli napiszę, że takiego filmu o fotografii dotąd nie było. „Sól Ziemi” to niezwykły filmowy portret brazylijskiego fotografa Sebastiao Salgado. Wizualna uczta dla oka, a zarazem mądra opowieść o związkach człowieka z naturą i odnajdywaniu sensów w harmonii.

dzikieDZIKIE HISTORIE reż. Damián Szifron

Przewrotne, mroczne i szalenie zabawne, a nade wszystko perfekcyjnie opowiedziane. Filmowy wzorzec na to, jak budować napięcie w krótkometrażowych historiach.

mr turnerPAN TURNER, reż. Mike Leigh

Filmowa biografia Williama Turnera wygląda jakby nie była kręcona kamerą, lecz zrodziła się za sprawą pociągnięć pędzlem. To wizualny i aktorski majstersztyk, który niestety przemknął cichaczem przez polskie kina.

MadMaxFuryRoadMAD MAX: NA DRODZE GNIEWU, reż. George Miller

70-letni George Miller wcisnął do dechy reżyserski pedał gazu i pokazał, jak się powinno realizować kino akcji. To prawdziwa filmowa jazda bez trzymanki. Kino na maxa!

podPOD ELEKTRYCZNYMI CHMURAMI, reż. Aleksiej German

Rosja 100 lat po rewolucji październikowej. Profetyczny i przerażająco dołujący portret „Rosji w ruinie”. Nowy film Aleksieja Germana Jr. to wyzwanie dla widzów, ale zdecydowanie warte podjęcia. Tak, jak Sorentino w krzywym zwierciadle portretował włoskie piękno, tak German Jr. obnaża przed nami współczesną Wielką Smutę.

birdmanBIRDMAN, reż. Alejandro Gonzalez Inarritu

Hipnotyzująca jak perkusyjna solówka opowieść o andropauzie i tryumfalny powrót Michaela Keatona na aktorski top.

kingsmanKINGSMAN. TAJNE SŁUŻBY reż. Matthew Vaughn

Colin Firth jako Tajny Agent Jej Królewskiej Mości? Gdyby naprawdę chciano odświeżyć Jamesa Bonda, powinno to wyglądać właśnie w ten sposób. Swoista Walentynka dla tych wszystkich, którzy kochają starego, dobrego agenta 007 z czasów, gdy licencją na zabijanie legitymowali się Sean Connery i Roger Moore. [Moja recenzja]

what-we-do-in-the-shadowsCO ROBIMY W UKRYCIU? reż. Jemaine Clement, Taika Waititi

Być może najzabawniejszy film o wampirach od czasu „Nieustraszonych pogromców wampirów” Polańskiego. Najnowsze dzieło w dorobku autora kultowego „Orzeł kontra Rekin”.

Durak.jpgDUREŃ reż. Juri Bykow

Kolejny po znakomitym „Majorze” obraz filmowego ucznia Aleksija Bałabanowa. Katastrofa budowlana jako metafora współczesnej Rosji i tytułowy Durak – współczesny Myszkin naiwnie wierzący w ludzkie odruchy skorumpowanej machiny urzędniczej. Co najmniej równie dobry co, obsypywany nagrodami, „Lewiatan” Zwiagincewa.

Sekrety-morzaSEKRETY MORZA reż. Tom Moore

Przeurocza animacja autora „Sekretów księgi z Kells” wyróżniająca się nie tylko własnym stylem wizualnym, ale nade wszystko osadzeniem w ludowych baśniach, które skutecznie uruchamiają, nie tylko dziecięcą, wyobraźnię. Znakomita odtrutka na tworzone od sztancy produkcje Disneya i Pixara.

Rafał Pawłowski

Otagowane , , , , , , , , ,

Anca Damian – Lekcja survivalu od Don Kichota

Anca DamianDo Polski przyciągnęła ją tragedia, która kilka lat temu wydarzyła się w krakowskim więzieniu. Poświęcony śmierci rumuńskiego emigranta Claudio Crulica animowany dokument „Droga na drugą stronę” przyniósł jej Nagrodę Specjalną Jury w Gdyni i Grand Prix Festiwalu Filmów Animowanych w Annecy, a kolejne wizyty nad Wisłą przekuły się w pomysł na następny film „Czarodziejską górę” – szerzej nieznaną historię Polaka, który walczył z Rosjanami w Afganistanie.  O romantyzmie, poświęceniu i… Koziołku Matołku porozmawiałem dla Legalnej Kultury z Ancą Damian.

Jak to się stało że Ty, reżyserka z Rumunii sięgnęłaś po historię Jacka Winklera – polskiego emigranta, bojownika o wolność Afganistanu, człowieka w Polsce praktycznie nieznanego? Czym Cię zafascynował?

Żyjemy w takich czasach, gdzie narodowość nie odgrywa aż tak wielkiej roli. Wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni i nie mam tu do końca na myśli globalizacji, lecz pewien rodzaj wspólnoty w takim pozytywnym sensie. Ty urodziłeś się w Polsce, ja w Rumunii, ale między nami nie ma muru. Jest za to pewien rodzaj humanistycznej energii. Z Polską zetknęłam się po raz pierwszy kręcąc film „Droga na drugą stronę” i wówczas usłyszałam historię Jacka Winklera – Polaka, który najpierw wyemigrował do Francji, a potem wziął udział w wojnie w Afganistanie. Ujął mnie romantyzm tej historii współczesnego Don Kichota, który gotów jest umrzeć, by zmienić świat. Jakiś czas później byłam we Francji i udało mi się nawiązać kontakt z córką Jacka – Anią. Pokazałam jej „Drogę na drugą stronę” i powiedziałam, że jeśli się zgodzi, to chętnie zrobię film o jej ojcu.

Miała jakieś oczekiwania względem filmu?

Uzgodniliśmy, że będę miała wolną rękę. Ale Ania miała oczywiście swoją wizję ojca, który dla niej cały czas jest kimś w rodzaju nieulęknionego rycerza na białym koniu. Kiedy zobaczyła pierwsze animacje, mówiła, że „mój ojciec miał przecież więcej włosów” itp. Ale ponieważ miałyśmy zgodę co do ogólnego kierunku filmu, to w tym momencie po prostu musiałam się trochę odsunąć i przestać pokazywać jej postępy prac z nadzieją, że zaakceptuje ostateczny efekt.

Pełną rozmowę można przeczytać tutaj…

Rafał Pawłowski

Otagowane , , ,
%d blogerów lubi to: