Tajemnice zakrystii

kler

To nie jest najlepszy film Smarzowskiego, ale z pewnością najważniejszy. Dzięki niemu bowiem głos ofiar kościelnej pedofilii w Polsce ma szansę stać się w końcu słyszalnym.

„Kler” to rodzaj filmowego kalejdoskopu, na którego mozaikę składają się historie trójki kapłanów połączonych przed laty historią pożaru kościoła, która stała się fundamentem ich przyjaźni. Dwóch z nich ks. Kukuła (Arek Jakubik) i ks. Trybus (Robert Więckiewicz) to opiekunowie niewielkich lokalnych społeczności. Trzeci ks. Lisowski (rewelacyjny Jacek Braciak) to bezwzględny karierowicz marzący o wyjeździe do Watykanu, prawa ręka rządzącego krakowską kurią arcybiskupa Mordowicza (Janusz Gajos). Każdy z nich ma własne problemy, a na sumieniu mniejsze lub większe grzechy celnie sportretowane przez reżysera.

W fikcyjnych ekranowych postaciach pierwszego i drugiego planu dostrzeżemy więc księży, o których pisano nie raz – alkoholików, rozpustników, sadystów, chciwców, bałwochwalców, nacjonalistów itd. Korzeni popełnianego przez wielu z nich grzechu pychy Smarzowski stara się upatrywać w pozycji, jaką uzyskał Kościół w III RP na skutek ustępstw kolejnych ekip rządzących, w kilku retrospektywnych scenach zrywając z obowiązującym mitem kapłana Solidarności. Jednak traktowanie „Kleru” jako pamfletu na instytucję Kościoła nie oddaje intencji twórców filmu. Podobnie jak nietrafionym są porównania do „Drogówki”. Bo choć oczywiście Smarzowski sięga częściowo po podobne zabiegi stylistyczne i kreśli na ekranie zbiorowy portret pewnego środowiska, to jednak dramaturgia i przesłanie obu historii są zupełnie odmienne.

Kamieniem, który uruchamia ekranową lawinę problemów jest śledztwo w sprawie pedofilskiego gwałtu, do którego doszło na plebanii ks. Kukuły. Smarzowski nie idzie tu tropem amerykańskiego „Spotlight” i nie pokazuje skrupulatnego dziennikarskiego dochodzenia do okrutnej prawdy o pedofilii. Zamiast tego widzimy reakcje hierarchów Kościoła na tego rodzaju oskarżenia. Próby tzw. zamiecenia sprawy pod dywan, zastraszania ofiar itp. Ale również osobistej refleksji, która towarzyszy ks. Kukule muszącemu zmierzyć się z oskarżeniami, a także mrocznymi sekretami ze swojej przeszłości.

Krytycy „Kleru” zarzucają filmowi absolutnie pominięcie wiary stanowiącego podstawowy element religii, a więc (w domyśle) również Kościoła. Ale to jednak właśnie wewnętrzne pytanie o wiarę i powołanie staje się przecież paliwem ks. Kukuły, który nie godzi się na załatwienie sprawy w białych rękawiczkach.

„Kler” nie jest krytyką religii, a jedynie tytułowej instytucji, która dotąd zręcznie unikała społecznej kontroli zasłaniając się „tajemnicą wiary”. Smarzowski wchodzi za kamerą na zakrystię i głośno mówi o potrzebie rozliczenia się Kościoła ze swoich grzechów. Dotąd można było czytać o nich w w gazetowych doniesieniach czy reportażach takich, jak ten Justyny Kopińskiej, który ostatecznie doprowadził do posłania za kratki siostry Bernadetty odpowiedzialnej za tragedie podopiecznych ośrodka wychowawczego Boromeuszek w Zabrzu. Smarzowski zebrał wszystkie te historie i przepuścił przez filtr swojej reżyserskiej wrażliwości. Wyszedł z tego filmowy krzyk ofiar, które domagają się sprawiedliwości. Nie da się go już zagłuszyć powtarzając jak mantrę wyliczenia ile dobrego czyni Kościół na co dzień.

Pora na uderzenie się w pierś i błaganie o wybaczenie.

Rafał Pawłowski

Reklamy
Otagowane , , , , , ,

Mezalians a sprawa polska

zimnawojna

Bardzo łatwo przykleić „Zimnej wojnie” Pawła Pawlikowskiego etykietkę poetyckiego melodramatu, zachwycić się warstwą muzyczną i pięknie zrealizowaną historią miłości niemożliwej. Jednak pod płaszczykiem kina gatunku kryje się coś więcej, ubrana w kostium lat 50/60 opowieść o współczesnej Polsce i Polakach. 

Wiktor (Tomasz Kot) i Zula (Joanna Kulig) poznają się podczas naboru do zespołu tanecznego Mazurek mającego wspierać na duchu naród odbudowujący Polskę z wojennej pożogi. On jest młodym, ambitnym kompozytorem, ona dziewczyną spod Tomaszowa spragnioną społecznego awansu. Jest też ten trzeci – Lech Kaczmarek (Borys Szyc) będący okiem i uchem władzy ludowej, dbający o czystość serc i umysłów nowego społeczeństwa. Pozornie cały czas trzyma się w cieniu, ale jednak jego decyzje nie pozostają bez wpływu na los kochanków. Ci zaś próbują budować własne szczęście – najpierw w Polsce skażonej kultem jednostki, gdzie z tajemnic alkowy trzeba spowiadać się partii, a przypadkowe słowo czy gest mogą zaprowadzić Cię do stalinowskiego więzienia. Potem w Paryżu wiodąc los emigrantów zachłyśniętych wolnością, a zarazem niepotrafiących odnaleźć się w obcej rzeczywistości. Rozstających się i schodzących na powrót siłą uczucia, które wymyka się zdrowemu rozsądkowi. Przeklęci miłością.

Ich przekleństwo wynika z mezaliansu i to właśnie to określenie wydaje się słowem-kluczem do „Zimnej wojny”. I to na wielu płaszczyznach. Ta pierwsza to związek między mężczyzną o inteligenckich korzeniach, a pochodzącą z ludu dziewczyną, która nie wahała się wyjaśnić ojcu nożem różnicy między żoną a córką. Wiejską femme fatale odważnie chwytającą życie.

Druga to mezalians przedwojennej inteligencji z partyjnym aktywem pragnącym zdegenerowaną kulturę burżuazji zastąpić „zdrową” sztuką ludową wyrwaną z góralskich chałup i przeniesioną do Sali Kongresowej, a następnie gładko ożenionej (kolejny mezalians) z pieśniami na cześć wodzów rewolucji. To moment otrzeźwienia, w którym „dość” mówi Irena (Agata Kulesza) – choreografka, najbliższa współpracowniczka Wiktora. A on sam zaczyna rozważać kwestię ucieczki na Zachód.

I wreszcie mezalians Polaków z Zachodnią Europą – światem, w którym można żyć czerpiąc z jego szerokich możliwości, ale nie da się go realnie współtworzyć. – To wszystko nie ma sensu – powie w pewnym momencie Zula zmuszona, by śpiewać swój ukochany utwór „Dwa serduszka” w języku francuskim, z zupełnie zmienionym tekstem. Teatr życia, w którym trzeba odgrywać rolę emigranta, nie jest dla niej.

Podobnie, jak w „Idzie”, i tu Pawlikowski dotyka fragmentu historii, która skrzyżowała losy obcych sobie ludzi. Paradoksalnie poza tym „światem na opak” Zula i Wiktor prawdopodobnie nie mieliby szans się spotkać i wyśpiewać swojej pieśni o nieszczęśliwej miłości. O ile jednak „Ida” była  filozoficzną przypowieścią o świecie bez Boga, to „Zimna wojna” ma zdecydowanie bardziej polityczny charakter. I gdyby współcześni decydenci potrafili czytać między wierszami, mogliby przejrzeć się w nowym filmie Pawlikowskiego niczym w lustrze.

To „film, który propaguje polską kulturę ludową m.in., i to w sposób taki czysty i piękny, co warto podkreślić. W jakimś sensie dzięki właśnie tego typu pomysłom i inspiracjom nasza kultura ludowa jest doceniana na świecie” – powiedział o „Zimnej wojnie” minister kultury Piotr Gliński podczas niedawnego wręczenia nagród im. Kolberga. Lech Kaczmarek byłby z niego dumny.

Rafał Pawłowski

Otagowane , , , , , ,

10 (+1) najlepszych dokumentów Doc Against Gravity 2018

 

Ostatnie dziewięć dni było dla mnie dokumentalnym ultramaratonem. Podczas kolejnej edycji Doc Against Gravity spędziłem kilkadziesiąt godzin w kinie odkrywając światy i problemy ludzi z różnych zakątków globu. Oto moje festiwalowe TOP 10.

„Plaże, twarze” reż. Agnes Varda, JR

Głęboko ludzka opowieść o sprawczej sile wyobraźni, byciu arystą i tym, jak sztuka potrafi zmieniać życie zwykłych ludzi. Z seansu wychodzi się naładowanym mega pozytywną energią.

„Zamknij się i graj na pianinie” reż. Philipp Jedicke

Niezwykły portret jednego z największych freeków w historii muzyki. Chilly Gonzales to skrzyżowanie Borata z Frankiem Zappą i Johnem Zornem. Człowiek, w którego żyłach pulsuje 100% transgresja. Gdybym nie wiedział, że Gonzales istnieje, pomyślałbym, że oglądam mockument i ktoś mnie naprawdę nieźle wkręca.

„Detektyw samuraj” reż. Dominic Pearce, Aaron McCann

Totalny odlot! Bawiący do łez mockument o nieistniejącym samurajskim serialu detektywistycznym z lat 90. Kinofilskie cacuszko prosto z Australii. Jeśli będziecie to oglądać koniecznie zobaczcie scenę po napisach!

„Odzyskać głos” reż. Amandine Gay

Ascetyczna w formie opowieść o dyskryminacji, której doznają czarnoskóre mieszkanki Francji oraz afrofeminizmie jako drodze emancypacji w świecie (u)rządzonym przez białych.

„Matangi / Maya / M.I.A.” reż. Stephen Loveridge

Muzyka pop jako oręż w walce polityczno-społecznej vs obłuda współczesnego showbiznesu. Niezwykły portret M.I.A. – mającej tamilskie korzenie gwiazdy pop, której polityczne zaangażowanie jest solą w oku zarówno azjatyckich satrapów, jak i amerykańskich wydawców i producentów.

„Lubow – miłość po rosyjsku”  reż. Staffan Julén

Szwedzki reżyser Staffan Julén wraz z laureatką literackiej nagrody Nobla Swietłaną Aleksijewicz zagląda w głąb rosyjskiej duszy, by spróbować odpowiedź na pytanie czym wg Rosjan jest miłość. Poetycka impresja na temat szczęścia, samotności, odpowiedzialności i cierpienia.

„Książę i dybuk”, reż. Elwira Niewierska, Piotr Rosołowski

Filmowy portret Michała Waszyńskiego – reżysera-samouka, twórcy żydowskiego „Dybuka” i filmów z Eugeniuszem Bodo. Powojennego emigranta, który, uciekając przed przeszłością, stworzył własną legendę i stał się jedną z wiodących postaci włoskiej kinematografii, producentem filmów z Sofią Loren i Claudią Cardinale.

„Żydowscy terroryści”, reż. Shai Gal

Przed laty dokonywali zamachów na palestyńskich polityków i choć trafili przed izraelski sąd i zostali wtrąceni do więzienia, stali się bohaterami skrajnej prawicy. Dziś zaś z tylnych rzędów doradzają ludziom z otoczenia premiera Benjamina Netanjahu i biorą czynny udział w nielegalnym procesie budowania osiedli mieszkalnych na tzw. terenach okupowanych. Odważny dokument Shai Gala pokazuje rosnącą siłę żydowskich ekstremistów i stawia pytania o przyszłe konsekwencje radykalnego zwrotu w prawo…

The-Jewish-Underground-1140x610

„Gdy zapłakał byk” reż. Karen Vazquez Guadarrama, Bart Goossens

Wysmakowany wizualnie portret umierającego górniczego miasteczka w boliwijskich Andach. Opowieść o rytuałach, zabobonach i granicy między życiem a śmiercią.

„W otchłani futbolu” reż. Corneliu Porumboiu

Czuły, a zarazem zabawny portret rumuńskiego urzędnika, który chciałby dokonać rewolucji zasad gry w futbol tak, by uwolnić piłkę i ograniczyć ruchy graczy, a tym samym zminimalizować ryzyko kontuzji.  Opowieść o niespełnieniu i aspiracjach, u podstaw których leży trauma wynikająca z odniesionego w młodości złamania nogi.

„Rosyjska robota” reż. Petr Horky

Czeski dokument o zderzeniu kapitalizmu z homo sovieticus czyli opowieść o próbie szwedzkiej restrukturyzacji Avtovaza – państwowej fabryki produkującej samochody marki Łada i od lat przynoszącej ogromne straty. Słodko-gorzkie spojrzenie na postsocjalistyczną mentalność.

Oczywiście warto także sięgnąć po nagrodzony na festiwalu obraz „Jutro albo pojutrze” Binga Liu – zmontowaną z wieloletnich rejestracji opowieść o grupie przyjaciół – skate’erów, dojrzewaniu i radzeniu sobie z osobistymi problemami i wyzwaniami, które stawia przed nami życie. U mnie jednak znalazł się on poza pierwszą dziesiątką.

Rafał Pawłowski

Otagowane

My name is Solo. Han Solo.

wallpapersden.com_solo-a-star-wars-story-movie-poster-2018_2560x1080

Trochę to trwało, ale wygląda na to, że Disney „nauczył się” w końcu w Gwiezdne Wojny. Nie mam jednak wątpliwości, że „Han Solo. Gwiezdne wojny – historie” podobnie, jak wszystkie kontynuacje, będzie miał swoich zwolenników i nie mniej zagorzałych przeciwników. 

Kolejny powrót do odległej galaktyki przyszedł tym razem bardzo szybko, bo zaledwie pół roku po premierze „Ostatniego Jedi” Riana Johnsona, o którym pisałem zresztą ciepło, lecz bez entuzjazmu tutaj… Tym razem jednak przenosimy się w przeszłość, by poznać korzenie historii Hana Solo.

Misja, którą postawi przed sobą producenci ze Studia Disneya, od początku wydawała się zdecydowanie trudniejsza niż rozwijanie kolejnych wątków Gwiezdnej Sagi. Tym bardziej, że wielu fanów po prostu nie wyobrażało sobie w tytułowej roli nikogo, kto mógłby godnie zastąpić Harrisona Forda. Pierwsze promocyjne materiały z udziałem Aldena Ehrenreicha zostały przyjęte wyjątkowo chłodno. A nad produkcją zbierały się czarne chmury. Podczas realizacji „Solo” z powodu „różnic artystycznych” zwolniono reżyserski duet Phil Lord / Christopher Miller, zaś nową nadzieję przynieść miało zatrudnienie Rona Howarda, który podobno przekręcił ponownie aż 80% filmowego materiału.

Trudno dziś snuć domysły, jak pierwotnie wyglądać miał ten film. Faktem jest, że Howard ze swego zadania wywiązał się znakomicie. Duża w tym zasługa odpowiedzialnego za scenariusz Lawrence’a Kasdana – filmowego wygi, który współtworzył kultowe „Imperium kontratakuje” i „Powrót Jedi”, a także „Poszukiwaczy zaginionej arki”. I przed trzema laty powrócił do uniwersum Gwiezdnych Wojen na zaproszenie J.J. Abramsa pomagając przy scenariuszu „Przebudzenia mocy”.

Należący do pokolenia filmowców, którzy wraz z Lucasem i Spielbergiem kładli fundamenty pod Kino Nowej Przygody, Howard i Kasdan stworzyli opowieść na podobieństwo filmów lat 80. Ponieważ film dotyczy młodości Hana Solo i nominalnie dzieje się na 10 lat przed wydarzeniami znanymi z „Nowej Nadziei”, nie znajdziemy tu Rycerzy Jedi, pojedynków na świetlne miecze i filozoficzno-politycznej otoczki definiującej konflikt między Rebelią i Imperium. „Han Solo” to klasyczna space opera, której postaci nakreślone są z werwą, a tempo nadają jej ich kolejne perypetie opisujące dojrzewanie głównego bohatera. Unikając spojlerów powiem tylko, że dowiemy się tu m.in. jak doszło do spotkania Solo z Cheewbacką, a także w jaki sposób udało im się wejść w posiadanie Sokoła Millennium. Poznamy również pierwszą miłość Solo – Qi’rę (Emilia Clark). Fani literackiego uniwersum Star Wars z pewnością oburzać się będą na jego niekompatybilność ze scenariuszem. Ci, którzy jednak skupiają się na historii osadzonej w filmowym świecie, powinni być zadowoleni.

Po raz kolejny eksplorujemy też nowe zakątki Galaktyki – od górskich szczytów po smagane słońcem kosmiczne plaże oraz kopalnie drogocennych minerałów. Całość zaś to subtelna gra na nostalgii i zarazem wspaniała kopalnia gwiezdnowojennych nawiązań dla wszystkich tych, którzy uwielbiają filmowe smaczki. Cudownie jest ujrzeć minę Solo, gdy pierwszy raz wchodzi w nadprzestrzeń. Szkoda jedynie, że nie popracowano nieco bardziej nad dialogami. Próżno szukać tu zapadających w pamięć onelinerów, które zapiszą się w historii Sagi. Ale być może po prostu nasz kosmiczny zawadiaka język musi sobie dopiero wyostrzyć…

Scenariusz zaskakuje pozytywnie. I nie tylko on. Bo choć na początku trudno przyzwyczaić się do młodego Solo, to koniec końców Alden Ehrenreich wywiązuje się z powierzonego mu arcytrudnego zadania całkiem nieźle. A jego fizyczne podobieństwo do Forda sprawia, że ostatecznie kupujemy jego szelmowski błysk w oku i zawadiacką postawę. Jeszcze lepiej wypada Donald Glover jako młody Lando Calrissian. Dzielnie wspierają ich doświadczeni Woody HarrelsonPaul Bettany i znana z „Westworld” Thandie Newton. Najtrudniej przekonać się do wspomnianej już Emili Clark, która nie ma w sobie tak magnetycznego uroku, jak bohaterki poprzednich części Sagi. W jakimś stopniu wynika to także z tego, że znaczna część jej historii nie została odkryta przed widzami. Tych, którzy tęsknią za duetem R2D2-C3PO powinny natomiast zadowolić iskrząca dowcipem, wspierająca Calrissiana android Elthree oraz równie wygadany czteroręki ardenianiński pilot Rio Durant.

Moim zdaniem „Han Solo. Gwiezdne Wojny – Historie” to opowieść najbliższa w duchu oryginalnej Gwiezdnej Trylogii. Z obietnicy danej w tytule czyli opowiedzenia historii słynnego przemytnika z Korelii duet Kasdan/Howard wywiązuje się na solidną czwórkę z plusem, co sprawia, że na ewentualną kontynuację tej opowieści będę czekał z przyjemnością.

Rafał Pawłowski

 

Otagowane , , , , , , , ,

Historia Orłem pisana

XXorly

Nominacje do Orłów 2018 ułożyły się idealnie pod 20. jubileusz Polskich Nagród Filmowych ukazując bogate spektrum naszej kinematografii, w której utytułowani twórcy stają w szranki z debiutantami, a autorzy dokumentów i animacji ze swoimi propozycjami potrafią przebić się do głównego nurtu i z powodzeniem walczyć nie tylko o uznanie krytyki, ale i widzów.

To wszystko sprawiło, że liderem nominacji od Orłów 2018 jest zrealizowana z empatią i humorem „Cicha noc” Piotra Domalewskiego mająca szansę na statuetki aż w 11 kategoriach. Pola temu brawurowemu debiutowi, który ma już na koncie gdyńskie Złote Lwy, ustąpiły filmy nestorów – „Powidoki” Andrzeja Wajdy (8 nominacji) oraz wyróżniony Srebrnym Niedźwiedziem Berlinale 2017 „Pokot” Agnieszki Holland i Kasi Adamik (6 nominacji), a także dzieła cenionych przez Akademię Andrzeja Jakimowskiego („Pewnego razu w listopadzie”) oraz Krzysztofa Krauze i Joanny Kos-Krauze („Ptaki śpiewają w Kigali”), które znalazły się poza gronem nominowanych.

Ale film Piotra Domalewskiego to nie jedyny „wygrany” tegorocznych Polskich Nagród Filmowych. Po raz pierwszy w historii o Orła dla Najlepszego Filmu ubiega się animacja – polsko-brytyjski „Twój Vincent” Doroty Kobieli i Hugh Welchmana. Będący efektem tytanicznej pracy zespołu malarzy i animatorów, którzy ożywili na ekranie tysiące ręcznie namalowanych klatek inspirowanych malarstwem Van Gogha od wielu miesięcy podbija światowe kina, a jej artystyczną drogę znaczą kolejne nagrody i nominacje – na BAFTA i Oscarach skończywszy.

Z kolei historię polskiego dokumentu na Orłach pisze Piotr Stasik i jego nominowany wcześniej do Europejskiej Nagrody Filmowej „21 x Nowy Jork”, który poza nominacją w obecnej dopiero od 6 lat kategorii Najlepszy Film Dokumentalny, rywalizuje o kolejne dwie statuetki Polskich Nagród Filmowych – za zdjęcia oraz montaż.

W gronie nominowanych wyraźnie widać też wymianę pokoleniową, a fakt, że o jakości polskiego kina decydować zaczynają młode talenty cieszy. Tak jest chociażby w przypadku kostiumograf Ewy Gronowskiej, która już swoim debiutem trzy lata temu przy „Bogach” Łukasza Palkowskiego zwróciła uwagę Akademii, a teraz ma już drugą szansę na Orła, tym razem za „Sztukę Kochania” Marii Sadowskiej. Podobnie jest w przypadku młodych reżyserów Macieja Bochniaka czy laureata ubiegłorocznego tytułu Odkrycie Roku Jana P. Matuszyńskiego, którzy w tym roku znaleźli się w gronie autorów tytułów nominowanych w kategorii Najlepszy Serial Fabularny. A także aktorów – Tomasza Ziętka z „Cichej nocy” czy de facto debiutującej przed kamerą w „Powidokach” 16-letniej Bronisławy Zamachowskiej.

Cieszy też fakt, że w gronie tegorocznych nominowanych 1/3 to kobiety, obecne we wszystkich kategoriach z wyjątkiem muzyki filmowej. Obok znakomitych aktorek znajdziemy w tym gronie m.in. montażystki, kostiumografki, scenografki, autorki zdjęć oraz scenarzystki i reżyserki wytyczające swoje artystyczne ścieżki zarówno w autorskim kinie fabularnym (Anna Jadowska, Kasia Adamik, Agnieszka Holland), jak i dokumencie (Alicja Albrecht) i animacji (Dorota Kobiela).

To wszystko składa się obraz rozkwitu polskiej kinematografii i w dużej mierze jest owocem zróżnicowanej strategii Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej od 13 lat gwarantującego rodzimym filmowcom możliwości artystycznego rozwoju na wielu polach i promocji ich dorobku za granicą. Dlatego obawy budzi zakończenie finansowania programów „Promocja polskiego kina za granicą” i „Profesjonalizacja indywidualna” prowadzonych przez Fundację Polskie Centrum Audiowizualne, bo dzięki tym funduszom polskie kino promowane było w kilkudziesięciu krajach na pięciu kontynentach m.in. na międzynarodowych festiwalach od Nowego Jorku i Los Angeles, przez Cannes, Wenecję, Berlin, aż po azjatyckie Goa i Pusan. Filmowcy z uwagą przyglądają się temu, jakie rozwiązania w tej dziedzinie zaproponuje nowe kierownictwo PISF.

Ale wśród zwiastunów zmian są też i takie, jak zapowiadana od długiego czasu ustawa o zachętach podatkowych dla filmowców. Rozwiązanie niezbędne, by Polska mogła w końcu konkurować z innymi europejskimi rynkami filmowymi nie tylko poziomem usług, ale również na gruncie finansowym i tym samym skuteczniej ściągać inwestorów oraz zagraniczne studia chcące realizować w Polsce swoje produkcje.

W 20. urodziny Orłów patrzymy więc w przyszłość z obawami, ale i nadzieją.

Rafał Pawłowski

Tekst napisany na potrzeby okolicznościowego wydawnictwa towarzyszącego gali Orłów 2018

Otagowane , , , , ,

Pitbull 2. On wrócił

pitbull-ostatnipies

On czyli Despero. Namówienie Marcina Dorocińskiego do udziału w filmie „Pitbull. Ostatni pies” to największe osiągnięcie reżysera Władysława Pasikowskiego, który niejako przy okazji „załatwia” tym filmem jeszcze parę innych spraw. 

Z samą numeracją „Pitbulli” jest pewien problem. Obraz Pasikowskiego odwołuje się bowiem do kultowego filmu i serialu z lat 2005-08. Jednocześnie zaś jest zamknięciem trylogii tzw. nowego Pitbulla, choć nie pojawia się w nim nikt z głównych bohaterów podpisanej przez Patryka Vegę reaktywacji. De facto „Pitbull. Ostatni pies” nie jest fabularnie powiązany w żaden sposób z którymkolwiek ze swoich wcześniejszych wcieleń. I choć producent Emil Stępień deklarował podczas premiery, że „Ten Pitbull ma najwięcej Pitbulla w Pitbullu” to tak naprawdę zdecydowanie bliżej mu do zrealizowanej przed laty przez Pasikowskiego dylogii „Psy”. Można wręcz rzecz, że reżyser upiekł tu dwie pieczenie na jednym ogniu.

„Ostatni pies” ma bowiem w sobie wszystkie te cechy, które charakteryzowały tamto kino Pasikowskiego. Honorowych, nieco zmęczonych życiem bohaterów odgrywających role ostatnich sprawiedliwych, złe kobiety, z którymi odechciewa się gadać i świat, w którym ludzkie życie bardzo łatwo przelicza się na pieniądze i wpływy. Nowością, jeśli chodzi o Pasikowskiego, jest silna kobieca postać Miry stworzona przez Dorotę Dodę Rabczewską. Lecz, choć reżyser usilnie się stara, to próby zniuansowania jej bohaterki nie stanowią mocnej strony nowego „Pitbulla”.

Zaletą „Ostatniego psa” jest z pewnością zwarta opowieść. Pasikowski zawsze miał dryg do storytellingu i nie inaczej jest w tym przypadku. Po poszatkowanych bez ładu i składu, nużących opowieściach Patryka Vegi dostajemy film, nie zaś wyrób filmopodobny. Mimo upływu lat Pasikowski udowadnia, że nadal jest królem kina klasy B potrafiącym stworzyć na ekranie wiarygodną i zajmującą opowieść. Ma ona swoje mielizny, do których należy przede wszystkim wątek Miry i jej babci, ale tam, gdzie Pasikowski skupia się na opowiadaniu sensacyjnej historii, płynie ona wartkim nurtem.

Sama fabuła nie jest przesadnie oryginalna. Czuć, że Pasikowski poutykał w niej pomysły, które latami magazynował z tyłu głowy, a momentami wręcz ograł ponownie sceny ze swoich wcześniejszych scenariuszy. Otwarcie filmu mocno przypomina początek „Jacka Stronga”, uprawnione będą też skojarzenia z „Reichem”. W tle przewijają się zaś sprawy i afery z pierwszych stron gazet – zabójstwo gen. Marka Papały czy Amber Gold.

Współpracujący z Pasikowskim kolejny raz po „Jacku Strongu” Marcin Dorociński wydaje się być dla reżysera „nowym Lindą”. Kreowani przez niego bohaterowie są jednak obdarzeni nieco większą dozą empatii, a przez to zdecydowanie mniej cyniczni. Jednak „Ostatni pies” to przede wszystkim aktorski koncert duetu Adam Woronowicz / Cezary Pazura. Dla drugiego z nich, który spotkał się z Pasikowskim przy okazji „Psów”, to świetny powrót na duży ekran po latach grania epizodów i drugich planów. Na tym tle zdecydowanie odstaje, zawdzięczający przed laty Pasikowskiemu debiut, Rafał Mohr – totalnie nieprzekonujący w roli Quantico, oficera śledczego kształconego w centrali FBI. Gwoli sprawiedliwości scenariusz nie dał mu szans na specjalne rozwinięcie tej postaci.

O dziwo leżą dialogi. Pasikowski dotąd miał do nich ucho, czego dowodem te z „Psów” czy „Krolla”, które weszły do języka potocznego. Zapadające w pamięć, choć nie tak błyskotliwe teksty zdarzały się również Partykowi Vedze. W „Ostatnim psie” na próżno szukać soczystych one-linerów, zaś ostrożnie cedzony dowcip zwraca swe ostrze głównie w kierunku nieobecnych na ekranie bohaterów „Pitbulli” Vegi. Wobec samej twórczości autora serii reżyser zachowuje jednak duży dystans, osadzając swoją opowieść bardziej obok, niż w świecie wykreowanym przez Vegę.

Z jednej strony to dobrze, że Pasikowski nie chciał schlebiać niczyim gustom i stworzył film na własnych warunkach. Z podobną sytuacją mieliśmy do czynienia nie tak dawno w przypadku filmu „Thor Ragnarok” Nowozelandczyka Taiki Waititi, który dość śmiało potraktował reguły rządzące uniwersum Marvela. Z drugiej można odnieść wrażenie, że twórcy „Jacka Stronga” zabrakło nieco odwagi lub talentu, by rzeczywiście wnieść do „Pitbulla” jakąś prawdziwie nową jakość. Powstał film bezpieczny i poprawny, ale bez przysłowiowego pazura. Bawiąc się w porównania można powiedzieć, że to zdecydowanie najlepszy z nowych „Pitbulli”, a zarazem najsłabsza część „Psów”.

Rafał Pawłowski

Otagowane , , , , , , , ,

And The Winner Is… czyli przymiarki oscarowe

90Oscars

Tegoroczne nominacje pokazują, że starzy hollywoodzcy wyjadacze są w odwrocie. Ridley Scott ze „Wszystkimi pieniędzmi świata” nie załapał się na Oscary, a Steven Spielberg z „Czwartą władzą” musiał się zadowolić zaledwie kilkoma nominacjami i w żadnym wypadku nie jest żelaznym faworytem do nagród. Po krytyce ostatnich lat Akademia skorygowała nieco oscarowy kurs i w gronie nominowanych mamy zarówno kino afroamerykańskie (w kilku totalnie różnych odsłonach), jak i silny kobiecy głos Grety Gerwig.

NAJLEPSZY FILM

Wygra: „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”
Powinien wygrać: „Nić Widmo”

Akademia stoi w tym roku przed bardzo ciekawym i nieoczywistym wyborem. Z jednej strony nagrodzone Złotymi Globami „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” i „Lady Bird”, z drugiej sensacyjny laureat Independent Spirit Awards czyli „Uciekaj!”. Z tej trójki na zwycięstwo największe szanse ma film Martina McDonagha, który próbuje uczłowieczyć mit amerykańskiego południa – bastionu Tea Party, której zwolennicy wynieśli Trumpa na prezydencki fotel. Osobiście nagrodziłbym zmysłową i perwersyjną baśń Paula Thomasa Andersona „Nić Widmo”.

NAJLEPSZA REŻYSERIA

Wygra: Guillermo del Toro „Kształt wody”
Powinien wygrać: Paul Thomas Anderson „Nić Widmo”

Pod zaskakującą nieobecność Spielberga w tym zestawie nominowanych del Toro, z bagażem doświadczeń pozwalającym na docenienie przez szacowne grono Akademików, i z mocno niestety wtórnym wobec europejskiego kina fantastycznego, ale wystarczająco oryginalnym na USA „Kształtem wody” wydaje się tu bezsprzecznym faworytem. A ja znów będę kibicował Andersonowi, który fenomenalnie spaja ze sobą emocje, spojrzenia i gesty połączonych fantomową nicią Daniela Day-Lewisa i Vicky Krieps.

NAJLEPSZY AKTOR

Wygra: Gary Oldman „Czas mroku” lub Timothée Chalamet „Tamte dni, tamte noce”
Powinien wygrać: Daniel Kaluuya „Uciekaj!”

Wydaje mi się, że aktorski pojedynek rozegra się tu między zmienionym nie do poznania Oldmanem (Hollywood uwielbia takie transformacje) a odkrywającym miłość i pożądanie młodym Timothée Chalametem. Ja trzymam kciuki za hipnotyzującego Daniela Kaluuyę w mogącym okazać się czarnym koniem Oscarów „Uciekaj!”.

NAJLEPSZA AKTORKA

Wygra: Frances McDormand „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”
Powinna wygrać: Margot Robbie „Jestem najlepsza. Ja, Tonya”

Frances McDormand stworzyła kreację wybitną i statuetka jej się tu zwyczajnie należy. Ale cieszyłbym się, gdyby jednak akademicy wskazali na Margot Robbie, która jako Tonya Harding jest niczym dynamit i ujawnia, dotąd w pełni niewykorzystywany, wielki aktorski potencjał.

NAJLEPSZY AKTOR W ROLI DRUGOPLANOWEJ

Wygra: Sam Rockwell „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”
Powinien wygrać: Willem Dafoe „The Florida Project”

„The Florida Project” to moim zdaniem najbardziej pokrzywdzony film w gronie tegorocznych nominowanych, a Dafoe w roli administratora o gołębim sercu jest po prostu znakomity. Sam Rockwell skradł mu już jednak Globa i z Oscarem będzie prawdopodobnie tak samo.

NAJLEPSZA AKTORKA W ROLI DRUGOPLANOWEJ

Wygra: Allison Janney „Jestem najlepsza. Ja, Tonya”
Powinna wygrać: Allison Janney „Jestem najlepsza. Ja, Tonya”

Absolutnie fantastyczna! Allison Janney przykuwa od pierwszych sekund na ekranie i trzyma widzów za twarz przez cały seans. Tej kreacji może jej pozazdrościć nawet Tilda Swinton.

SCENARIUSZ ORYGINALNY

Wygra: Greta Gerwig za „Lady Bird”
Powinien wygrać: Jordan Peele za „Uciekaj!” 

Jeśli Hollywood ma gdzieś docenić talent Grety Gerwig to myślę, że zrobi to właśnie przy okazji Oscara za scenariusz, którego atutem jest niepozorność i zwyczajność, bez mitologizacji obecnej w większości filmów o dojrzewaniu. Gdybym jednak miał stawiać na historię, która zaskoczyła mnie najbardziej, to dałbym statuetkę Peelowi, który po mistrzowsku gra na emocjach zręcznie poszerzając ramy kina gatunkowego.

SCENARIUSZ ADAPTOWANY

Wygra: James Ivory za „Tamte dni, tamte noce”
Powinien wygrać: Dee Rees, Virgil Williams za „Mudbound”

W tym roku w tej kategorii nominacje ewidentnie odstają od Scenariuszy Oryginalnych. To tam skupiła się większość tytułów, które rywalizują o Oscara dla najlepszego filmu. W adaptacjach można zaś mówić wręcz o kontrowersjach, jak w przypadku „Logana” niezasłużenie wynoszącego na salony kino klasy B. Na tym tle absolutnym faworytem jest James Ivory, choć de facto to nie historia stanowi główny atut „Tamtych dni, tamtych nocy”. Osobiście stawiałbym na „Mudbound”, gdyby nie ciążyła mu dość mocno kilkuosobowa literacka narracja z offu prowadząca nas przez cały film.

NAJLEPSZE ZDJĘCIA

Wygra: Roger Deakins „Blade Runner 2049″
Powinien wygrać: Roger Deakins „Blade Runner 2049″

Pominięcie najlepszego wg mnie filmu 2017 roku w najważniejszych oscarowych nominacjach uważam za skandal. Statuetki za wspaniałe zdjęcia nie odbierze mu absolutnie nikt.

NAJLEPSZY MONTAŻ

Wygra: Lee Smith „Dunkierka”
Powinien wygrać: Lee Smith „Dunkierka”

Nolanowska „Dunkierka” zgarniać będzie tego wieczoru nagrody techniczne. Poza klasycznym montażem jest moim faworytem do Oscara za dźwięk i montaż efektów dźwiękowych, a także za muzykę.

NAJLEPSZA CHARAKTERYZACJA

Wygra: Kazuhiro Tsuji, David Malinowski, Lucy Sibbick „Czas mroku”
Powinien wygrać: Kazuhiro Tsuji, David Malinowski, Lucy Sibbick „Czas mroku”

Wystarczy spojrzeć na zdjęcie pokazujące Oldmana w roli Churchilla.

NAJLEPSZA SCENOGRAFIA

Wygra: „Blade Runner 2049”
Powinien: „Blade Runner 2049”

To oczywiście myślenie życzeniowe, ale lepszej wizji moim zdaniem wśród nominowanych po prostu nie ma.

NAJLEPSZE KOSTIUMY

Wygra: Mark Bridges „Nić widmo”
Powinien: Mark Bridges „Nić widmo”

Jeśli opowieść o projektancie szaty godnych angielskiej królowej nie zasługuje na Oscara za kostiumy, to kto miałby dostać tę statuetkę?

NAJLEPSZA MUZYKA

Wygra: Hans Zimmer „Dunkierka”
Powinien wygrać: Johnny Greenwood „Nić widmo”

Muzyka wraz z dźwiękiem w „Dunkierce” buduje dodatkową warstwę narracyjną i za to absolutnie należy się Oscar. Gdybym jednak miał czerpać przyjemność ze słuchania któregoś z soundtracków, sięgnąłbym po „Nić widmo”.

NAJLEPSZY FILM NIEANGLOJĘZYCZNY

Wygra: „Niemiłość”
Powinien wygrać: ?

Moim faworytem byłby tutaj nagrodzony Złotym Globem „W ułamku sekundy” Fatiha Akina, jednak nie załapał się na nominacje. Film Zwiagincewa jawi mi się jako zbyt wyrachowany. W gronie pozostałych nie mam swojego faworyta.

NAJLEPSZY FILM ANIMOWANY

Wygra: „Coco”
Powinien wygrać: „Twój Vincent” lub „The Breadwinner”

Zwycięzca dość oczywisty. Patriotycznie i z szacunku dla rzemiosła – „Twój Vincent”. Za najciekawszą, najbardziej poruszającą historię „The Breadwinner”.

W przypadku dokumentów i krótkich metraży widziałem zbyt mało, by spekulować. Kilka Oscarów stricte technicznych zostawiam specjalistom. A wszystkim nam życzę pełnego emocji wieczoru.

Rafał Pawłowski

 

Otagowane , , , , , , , , , , , , ,

Dramat za konsoletą

DJ

– Jak nie będzie scenariusza, to aktorzy Ci dograją. Jak nie aktorzy, to się poprawi w montażu. Najważniejsze, żeby mieć producenta, bo bez niego nic się nie uda – taką maksymą powitał widzów premiery filmu „DJ” jego reżyser występujący pod pseudonimem Alek Kort. Niestety nie żartował. Scenariusz tego filmu to bełkot, a aktorstwo grającej główną rolę Mai Hirsch jest tak drewniane, że można by nim palić w kominku.

Ostrzegam, że ciężko recenzować „DJa” bez spojlerów, bowiem to, co widzimy na ekranie to himalaje złego kina. Co kilka scen przecieramy więc oczy ze zdumienia, jak można raczyć nas tak niewiarygodną bzdurą. Być może jakieś światło na to wszystko rzuca pseudonim reżysera, zaczerpnięty prawodopodobnie od Alexa Corda – trzecioligowego amerykańskiego aktora, który zasłynął rolą w popularnym w latach 80. amerykańskim serialu „Airwolf”. Ale po kolei.

Mini (Maja Hirsch) to pochodząca z muzycznej rodziny (dziadek, grany przez Daniela Olbrychskiego dyrygent-sklerotyk, który zamiast jajka na twardo gotuje swój zegarek, to pierwszy sygnał ostrzegawczy tego filmu), początkująca acz utalentowana DJka. Ponieważ nie może przebić się przez panujące w branży muzycznej w Polsce układy, wyjeżdża do Londynu – do poznanego przez sieć wokalisty. Z jego pomocą udaje się jej dostać do kultowego klubu Ministry, jednak na jego scenie odnosi zawodową porażkę. Wpada jednak w oko Revellowi (Cristian Solimeno), który zaprasza ją do wspólnego grania na Ibizie, gdzie jego kosztem udaje się jej zrobić oszałamiającą karierę…

Wbrew pozorom nie jest to jednak afirmacja polskiej emigracji, której mógłby przyświecać tagline „nie tylko zmywak”. Zamiast tego dostajemy nieudolnie prowadzoną opowieść o egoizmie i świecie, w którym wygrywa najsprytniejszy. Problem w tym, że tej historii brak antagonisty. Główna bohaterka z nikim i z niczym nie rywalizuje, a jedynie w niewiarygodnie łatwy sposób wspina się na kolejne poziomy w didżejskim światku.

Psychologia postaci w „DJu” nie istnieje. Kolejni bohaterowie pojawiają się tylko po to, by pchnąć Mini „do przodu”. A następnie znikają bez słowa, gdy nie są już potrzebni scenarzyście. Jedynie Revell, zamiast zniknąć, niespodziewanie ma wylew i umiera – by nasza gwiazda mogła ukraść jego muzykę i sprzedać ją jako własną. Wcześniej jednak, jak to zapewne w środowisku djskim jest w zwyczaju, raczeni jesteśmy dyskusjami o Freudzie i filozofii Leszka Kołakowskiego, prawdami objawionymi w stylu Paulo Coehlo i wschodnim mistycyzmem. A prawie wszyscy męscy bohaterowie z mensplaningowym zacięciem tłumaczą Mini jak funkcjonuje świat.

Ona zaś słucha tego wszystkiego potakując, choć ostatecznie okazuje się wilkiem w owczej skórze. A może raczej modliszką, która pożera swoich parnterów. „DJ” jawi się więc trochę jak klubowa wariacja na temat „Szamanki” Żuławskiego, tyle że zamiast literalnej konsumpcji mózgu łyżeczką, mamy symboliczne kopiowanie muzyki z ukradzionego pendrive’a. Po drodze dostajemy jeszcze jedną z najgorszych scen seksu w historii polskiego kina oraz życiowe motto Carpe Dick oddające dosadnie poczucie humoru reżysera. A całości dopełniają oniryczne sceny z bohaterką trzymającą w rękach ociekającą krwią płytę winylową.

Największą przegraną filmu jest jednak muzyka. Bo teoretycznie mogła to być właśnie opowieść o jej tworzeniu. Jedyna dobra scena filmu to ta, w której bohaterka podczas koncertu dyrygowanej przez dziadka Orkiestry w Studio Polskiego Radia słyszy muzykę inaczej niż reszta publiczności. Była w tym jakaś tajemnica i punkt wyjścia. Niestety nie pociągnięto tego wątku.

Na szczęście „DJ” ma tak brzydki plakat, że na pewno nie zachęci nikogo do pójścia. Film ma więc szansę zniknąć z ekranów bardzo szybko. I za jakis czas pamiętać będą już o nim wyłącznie koneserzy złego kina. Na liście najgorszych polskich filmów wszech czasów może bowiem nieźle zamieszać.

Rafał Pawłowski

Otagowane , ,

Rok 2017. Oczarowania

Rok 2017 był dla kina rewolucyjny. Wszystko za sprawą Festiwalu w Cannes, do którego konkursu trafiły produkcje Netflixa – dzieła wybitnych twórców, powstałe jednak z myślą o dystrybucji VOD, a nie ekranie kinowym. To znak czasów, w których karty zaczęli rozdawać już nowi poteżni gracze. Dlatego też w moim TOP 10 po raz pierwszy tytuł spoza listy kinowych premier.

bladerunner2049

BLADE RUNNER 2049 reż. Dennis Villeneuve

Negatyw tego filmu powinien trafić do Sevres jako wzorzec sequela idealnego. Nie ma tu tak powszechnej przy hollywoodzkich kontynuacjach próby przypodobania się szerokiej publiczności. To raczej pełna szacunku, lecz zrobiona nie na klęczkach, próba zamknięcia pewnych wątków i otwarcia kolejnych, na kontynuuacje których z przyjemnością poczekam kolejne 35 lat. Akurat tyle, ile potrzeba, by dzieło Dennisa Villeneuve’a stało się równie kultowe, co również początkowo odrzucony przez widzów i większość krytyków pierwowzór.

FloridaProject

FLORIDA PROJECT reż. Sean Baker

Sean Baker potraktował kinowy ekran niczym lustro z powieści Lewisa Carrola. Za sprawą „Florida Project” trafiamy więc do świata będącego rewersem american dream, w którym disneyowskie księżniczki wpatrują się w Ciebie smutnym wzrokiem na wyprzedażach w gigantycznych dyskontach. To smutna opowieść o dojrzewaniu i tym wszystkim, czego nie widać ze szczytu Trump Tower.

baba z lodu

KOBIETA Z LODU reż. Bohdan Slama

Dzieło Bohdana Slamy udowadnia, że Pokolenie 60+ nie musi być skazane wyłącznie na oglądanie telewizyjnych seriali i towarzyszących im reklam leków na reumatyzm, bóle stawów czy serce. „Kobieta z lodu” (choć bardziej przemawia do wyobraźni użyte w oryginale słowo „Baba”) to historia, po której nigdy nie spojrzycie już tak samo na niedzielny obiad u mamy i natychmiast zapragnienicie obdarować ją biletem do kina.

toni erdmann

TONI ERDMANN reż. Maren Ade

Gdyby kilka lat temu ktoś powiedział mi, że będę śmiał się na niemieckiej komedii, uznałbym to za kiepski dowcip. Tymczasem Maren Ade spojrzała na swoich rodaków z dystansem pozwalającym zarówno rozbroić narodowe przywary, jak i sportretować globalny kryzys relacji międzyludzkich.

nie jestem twoim murzynem

NIE JESTEM TWOIM MURZYNEM reż. Raoul Peck

Musiało minąć ćwieć wieku od premiery „Malcolma X” Spike’a Lee, byśmy dostali dorównujące mu poziomem dokumentalne dzieło mówiące o białej supremacji i czarnej historii Ameryki. Przełożony przez Raoula Pecka na język kina esej Jamesa Baldwina to filmowy majstersztyk.

mieso

MIĘSO reż. Julia Ducournau

Choć o debiucie Julii Ducournau pisało się raczej w kategoriach horroru, tak naprawdę ten film do czarna komedia o konstytencji krzepnącej krwi i jeden z najzabawniejszych filmów roku, obok „Uciekaj!” Jordana Peele’a. Obowiązkowa pozycja w menu każdego kinomana.

okja

OKJA reż. Bong Joon-ho

Ekologiczny i humanistyczny manifest ubrany w kostium familijnego kina przygodowego. Najnowsze dzieło Koreańczyka Bong Joon-ho nie przeszło w Polsce przez kinowe ekrany (dostępne jest na Netflixie). Szkoda, bo to wspaniała lekcja empatii, na którą grupowo należałoby prowadzać szkoły.

dunkierka

DUNKIERKA reż. Christopher Nolan

Ograniczając obecność na ekranie niemieckich sił otaczających stłoczonych we francuskim porcie żołnierzy do dźwięku świszczących kul, spadających pocisków i bomb Dolan zbudował niezwykłe spektrum emocji – od nastoletniej ekscytacji po zwierzęcy strach i napędzaną nim wolę życia.

hepnarova

JA, OLGA HEPNAROVA reż. Petr Kazda, Tomas Weinreb

Obraz Petra Kazdy i Tomasa Weinreba dotyka tematu nieprzystosowania w sposób podobny do „Czerwonego pająka” Marcina Koszałki. Kreacja Michaliny Olszańskiej i znakomite zdjęcia Adama Sikory hipnotyzują.

beksinscy

BEKSIŃSCY. ALBUM WIDEOFONICZNY reż. Marcin Borchardt

Precyzyjnie utkana z widonotacji Zdzisława Beksińskiego świetna odtrutka na przehajpowaną „Ostatnią rodzinę”.

Rafał Pawłowski

Otagowane , , , , , , , , , , , ,

„Ostatni Jedi” czyli Disney w odległej galaktyce…

lastjedi

Gdy nadchodzi Gwiazdka, Coca Cola wyciąga z szafy Świętego Mikołaja, a Disney Gwiezdne Wojny, którymi raczy nas trzeci rok z rzędu. Moc świata stworzonego przed 40 laty przez George’a Lucasa spowszedniała już na tyle, że wielu polskich i zagranicznych krytyków zamknęło swoje Top10 2017 nie czekając nawet na premierę „Ostatniego Jedi”.

Trzy lata temu wydawałoby się to nie do pomyślenia. Ale Disney tworząc franczyzę w pewien sposób uśmiercił legendę. Tym bardziej, że współczesne kino (a także seriale) rozwinęło się na tyle, że marka Gwiezdnych Wojen straciła jeden ze swoich pierwotnych atutów – świeżość. Będąca jednym z fundamentów Kina Nowej Przygody tzw. Stara Trylogia wyznaczała bowiem nowe trendy w kinie s-f, sposobie opowiadania, kreowania postaci i budowania popkulturowego uniwersum na nieznaną dotąd w Hollywood skalę.

Dziś Star Wars rywalizuje z filmowo-komiksową machiną Marvela (i zdecydowanie w mniejszym stopniu z DC), a do zaproponowania ma podobny arsenał atrakcji, co konkurenci. Disneyowska odsłona (okres epizodów I-III litościwie pominę) nie tylko nie wznosi kina s-f na nowy poziom, ale momentami próbuje wręcz schlebiać poślednim gustom. Jak choćby wówczas, gdy jej najnowsza odsłona przez moment niebezpiecznie dryfuje w stronę komedii romantycznej… Produkowane „od sztancy” kolejne epizody nie mają już więc aury nadzwyczajnego wydarzenia (oczywiście poza niemałym gronem wiernych fanów SW), lecz zamieniły się w stały element wspomnianej świątecznej oprawy.

To oczywiście wcale nie znaczy, że „Ostatni Jedi” nie zasługuje na uwagę. Przeciwnie – kolejna odsłona disneyowskiej franczyzy jest ciut lepsza niż powiązane z nią „Przebudzenie mocy” J.J. Abramsa – mocno wtórne wobec lucasowskiej „Nowej nadziei”. Reżyser i scenarzysta Rian Johnson postawił na oryginalne rozwinięcie historii, zaproponował ciekawe twisty i zręcznie zbalansował wiele niedorzeczności. Oczywiście w Epizodzie VIII nie brakuje też kontrowersji, takich jak np. telepatia, a poprowadzenie niektórych wątków ewidentnie wskazuje na kokietowanie publiczności.

Z drugiej strony można przyklasnąć brawurowym sekwencjom pościgu ulicami miasta-kasyna Canto Bight i zerkającej spode łba łotrzykowskiej postaci DJ mistrzowsko zagranej przez Benicio del Toro, które przywracają filmowi ducha dawnej space opery. To jednak trochę mało, jak na dwu i półgodzinną opowieść. Całość ogląda się dobrze, lecz emocje po seansie bardzo szybko wyparowują.

Jawi się ciekawym paradoksem, że machinie Disneya, mimo ogromu środków i wręcz nieograniczonych możliwości, nie udało się do końca uchwycić tego czegoś, co miała w sobie oryginalna Trylogia. Dziś lepszą kontynuacją ducha Kina Nowej Przygody pozostają „Strażnicy Galaktyki”, a „Ostatniemu Jedi” brakuje sporo, by znaleźć się na tegorocznym podium kina s-f. No ale w tym przypadku koronę dzierży zupełnie inny sequel – „Blade Runner 2049”.

Rafał Pawłowski

Otagowane , , , , , , ,
%d blogerów lubi to: